![]() |
Cykl " Boczne wejścia" 2024-25 Beata Stankiewicz |
Stankiewicz jest niewątpliwie dobrą malarką, świadomą swoich umiejętności warsztatowych, obdarzoną zarazem wyobraźnią, wynikającą z licznych obserwacji jak i biegłości formalnej. Już pierwszy kontakt z jej malarstwem zwrócił moją uwagę na matową czerń, którą Beata Stankiewicz umiejętnie nanosi na płótno, panując przy tym nad najciemniejszymi fragmentami, nawet na dużych powierzchniach. To rzadkość, zwykle bowiem takie przestrzenie stają się po namalowaniu bezradne wobec różnorakiego oświetlenia, co szczególnie widoczne jest w malarstwie olejnym. Nawet u dobrych malarzy, w zmiennych warunkach taka czerń traci głębię, staje się ciemno szara, miejscami nawet całkowicie traci wyraz. Natomiast u krakowskiej malarki trzyma swoją barwę i głębię, co doskonale widzimy w kolekcji obrazów przedstawiających ciemne, półmroczne pomieszczenia. Można śmiało postawić tezę, iż Stankiewicz jest mistrzynią czerni. Sama autorka zapytana o tę kwestię przyznała, że Jarosław Modzelewski wypytywał o jej sposoby na uzyskanie tej głębokiej czerni. Ciemne malarstwo, które uprawia Stankiewicz, zasadza się na doskonałym warsztacie ale i na umiejętności obserwacji szarych, wygaszonych kolorów, miejsc w których światło ledwie się pojawia. Malarka uwielbia wydobywać z cienia delikatne szarości na granicy widoczności, odnajdywać różnice w miejscach pozbawionych mocnego kontrastu, niczym kot polujący w półmroku, w którym czuje się najlepiej, czujny i niewidoczny zarazem. Znamienne, że aby jeszcze mocniej podkreślić unikalną atmosferę zapomnianych, pozornie nieistotnych miejsc, Beata Stankiewicz rezygnuje z jakichkolwiek postaci na swoich płótnach. Każdy bowiem ruch, szczególnie zaś ludzka postać, anektowałyby uwagę, odbierając ją otoczeniu. Autorka świadomie skupia naszą uwagę na kontemplacji szarych i mało efektownych na pierwszy rzut oka przedmiotach wyłaniających się z półmroku. Ostatecznie stajemy wobec interesującej konstatacji, iż o ile obecność człowieka nadaje obrazom duchowej strawy, o tyle jego brak wcale jej nie ogranicza. Puste pomieszczenia, tak świeckie jak sakralne zawsze coś wyrażają. Autorka niewątpliwie doskonale czuje się w swym mrocznym królestwie, w którym panując niepodzielnie nad każdym aspektem rzeczywistości, ukazuje mgławice niedościgłych powidoków na granicy widoczności i wyobraźni, wprowadzając oglądającego w konkretne stany ducha. Stankiewicz jest doświadczoną malarką, doskonale wie, iż to nie mrok wzbudza artystyczny ferment, porządkuje od wieków umysł i duszę, stanowi nadprzyrodzoną wartość zarówno jej sztuki, jak i każdej sztuki pochodzącej z naszego świata, cywilizacji i kultury śródziemnomorskiej. A zatem tej wyrosłej na fenomenie kultury chrześcijańskiej. W istocie nie trzeba być fachowcem, aby dostrzec gotyckie czy barokowe inspiracje w jej pięknym światłocieniowym malarstwie. Nawet na tych drobiazgowo dostrzeżonych i namalowanych płótnach zachwycamy się nie tylko szarością, bliską czerni. Te wszystkie niuanse zaistniały dzięki obecności fenomenu światła, widać to doskonale na tych obrazach. Weźmy choćby cykl boczne wejścia, przedstawiające szczególną perspektywę jaką miała autorka uczestnicząc w Mszy Świętej z dziecięcym wózkiem. To swoiste zamknięcia w bocznej nawie, gdzieś na zapleczu, bez możliwości dostrzeżenia centrum liturgii, samego ołtarza. W tej właśnie scenerii wspaniale objawia się nam piękno blasku, które rozlewa się po czarnej posadzce, przedzierając się przez szarości przestrzeni dalekich od okien czy ołtarza. Widzimy tu wyraźnie, że to docierające światło buduje dramaturgię, przywraca nadzieję i piękno najmroczniejszemu nawet zaułkowi. Stawiam tezę, iż każda barwa, nawet najciemniejsza, rozpoznawalna jest li tylko w obecności choć drobiny światła. Bez niego nie dostrzeżemy nic.
"Pokój przejściowy" 2024 Beata Stankiewicz |
Mamy tu do czynienia z rzeczywistością fizyczną ale niewątpliwie dotykamy jednocześnie rzeczywistości duchowej, nadprzyrodzonej. Od samego zarania w teologii i kulturze chrześcijańskiej światłość jest obrazem Boga, który niesie poznanie do świata pogrążonego w mroku. Święty Augustyn w nawiązaniu do listu św. Jana napisał: "Bóg jest miłością, ponieważ napisano, że Bóg jest światłością."
Metafora ta wpisana jest w architekturę każdej świątyni chrześcijańskiej, szczególnie katedr gotyckich. Pomysłodawcą stylu gotyckiego i budowniczym pierwszej katedry w tym stylu był Opat Surger . Jak pisze ks. prof. Tomasz Stępień, w swoim eseju "Metafizyka światła"
" Opat Suger, którego uważa się za pomysłodawcę nowego stylu, kierował się bowiem założeniami metafizycznymi, które pochodziły z systemu stworzonego przez starożytnego chrześcijańskiego autora znanego nam dziś jako Pseudo-Dionizy Areopagita.(…) Architektura gotycka była od samego początku pomyślana w taki sposób, aby światło budowało przestrzeń wnętrza. Wielkie okna wpuszczały światło, które prześwietlało całą konstrukcję tak, że wnętrze można było uznać za spotkanie tego, co ziemskie, i tego, co niebieskie "
Idąc dalej, dowiadujemy się, że Ciemność u Pseudo Dionizego była nie tylko synonimem braku oświecenia, ale w równym stopniu dotykała wszystkich, bardziej i mniej oświeconych.
“ Dobro – dokładnie tak samo jak materialne słońce – świeci i umożliwia poznanie przez samą swoją naturę, czyli oświeca, ponieważ tak właśnie istnieje. Zauważmy, że choć Pseudo-Dionizy wypowiada się tutaj w sposób, który można by uznać za czysto platoński, to jednak nie można zapominać o bardzo istotnej zmianie – Platońskie Dobro jest u niego jednym z wielu imion Boga, który jest Trójcą Świętą. Sam Bóg jako źródło światła jest tak jasny, że nie da się Go dostrzec nawet oczami czystych intelektów anielskich. Bóg sam w sobie nie może zostać dostrzeżony, ponieważ Jego światło oślepia tych, którzy się w Niego wpatrują. Podobnie jak nie da się patrzeć wprost w widzialne słońce, gdyż można w ten sposób oślepnąć, także źródło intelektualnego światła jest oślepiające dla stworzonych intelektów. Dlatego właśnie Dobro jest jedynie imieniem Boga, czyli sposobem, w jaki Go poznajemy, podczas gdy On sam w swojej istocie pozostanie na zawsze ukryty w ciemności, która może w jakiś sposób zostać dotknięta i doświadczona, ale dzieje się to ponad naszym intelektem. “
Reasumując, uważam, że wystawa oraz jej tytuł "Pochwała Cienia" jest przez autorkę pomyślana jako prowokacja intelektualna, zaproszenie do dyskusji na temat, który u zarania naszej cywilizacji stanowił o naszym rozumieniu świata. Czy Beata Stankiewicz jest zwolenniczką metafizyki światła - nie wiem. Można przyjąć przecież inną interpretację, choćby popularną dziś pochwałę świata ukrywającego się przed Bogiem, pochwałę ciemności. Na stronie galerii czytam informację że „Pochwała cienia” inspirowana jest esejami japońskiego pisarza Jun’chirō Tanizaki. Nie znam tego autora, ufam jednak, że to światło zwycięży i poprowadzi autorkę do dzieł które przewidział dla niej sam Bóg w swej odwiecznej dobroci.
„Światłem ciała jest twoje oko. Jeśli twoje oko jest zdrowe, całe twoje ciało będzie w świetle. Lecz jeśli jest chore, ciało twoje będzie również w ciemności. 35 Patrz więc, żeby światło, które jest w tobie, nie było ciemnością”.
(Łk 8,16-17;11,34)
Słówko o S7, galerii Piotra Bernatowicza na Senatorskiej. Wybrałem się tam z synem Kazimierzem, wieczór już zapadał, a ulice w tym rejonie nie są dobrze oświetlone. Do samej galerii prowadzą niepozorne drzwi z kodem. Z ciemnej ulicy dostajemy się do równie ciemnego korytarza, aby po chwili w świetle ujrzeć jego piękne szaro zielone lamperie. I znów zmiana oświetlenia, ciemne schodki i nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki otwierają się drzwi i blask rozlewa się na pozbawioną przed chwilą światła klatkę schodową. W tej niemal domowej atmosferze brakowało pana Stanisława w stróżówce na parterze i pani Lucyny, śledczej spod 1 na parterze. W każdym razie to wejście, spacery po ciemnych i jasnych korytarzach, kameralne pomieszczenia i tajemnice kryjące się za kolejnym zakrętem stanowią doskonały wstęp do malarstwa Beaty Stankiewicz. Niezwykle teatralna atmosfera pełna tajemnic. O jakże ubogie wydają się przy tym przepełnione sztucznym światłem hale Muzeum Sztuki Współczesnej na Marszałkowskiej. Ludzi z wyobraźnią zapraszamy na Senatorską. Koniecznie.
Wychodząc już, wybraliśmy z synem drugie wyjście na parterze i wpadliśmy w ciemne podwórko otoczone wysokim murem w którym dostrzegliśmy zaplecze restauracji czy sklepu. Fajne, blado herbaciane okna ukazały nam kolejny labirynt. Kazik jednak pociągnął mnie znów na ulicę. Pokażę ci jeszcze lepsze miejsce, powiedział. Na Krakowskim Przedmieściu na wysokości kościoła Św. Anny odbiliśmy w kolejne niepozorne drzwi. Za nimi korytarz, znowu ciemne podwórko, po lewej przeszklone pomieszczenia zakonne. Na tle mlecznego okna na parterze zauważyłem charakterystyczną sylwetkę krzyża świętego Franciszka, patrona naszego bractwa. Już się chyba domyślam kto nas tu przyprowadził. Niezwykłe, cały wieczór błądziliśmy światłocieniowym labiryntem po zaułkach. Jakby wciąż w kontemplacji ekspozycji malarki z Karkowa. Na drugim końcu podwórka Kazik otworzył kolejne drzwi, do kolejnego ciemnego korytarzyka. Po prawej otwarta jasna ubikacja, po lewej ciężkie stalowe drzwi.
Zatrzaśnięte?! Zawsze przecież są otwarte, niecierpliwi się Kazik?! Po chwili jednak w ciemności dostrzegam ledwo widoczne okno i już wiem, dokąd prowadzą te wrota. Za szarościami matowej szyby rozpościera się widok na niesamowity, rustykalny ogródek. Ledwie dostrzegalne kształty ukazują niezwykłą monochromatyczną scenę tajemniczego przybytku za murem, za którym w oddali rysuje się delikatnie błękitny blask praskiej panoramy.
Jesteśmy w samym przedsionku raju?
Wiem, co zrobić, by dostać się tam
Trzeba przyjść w świetle dnia.
Po zmroku zamykają.
tekst: Marcin Kędzierski
„Pochwała cienia”
Beaty Stankiewicz
Galeria S7
22.02 - 30.03.2025 r.