piątek, 10 kwietnia 2015

Egzekucja


Zbigniew Herbert - "Przesłanie Pana Cogito"

Idź dokąd poszli tamci do ciemnego kresu
po złote runo nicości twoją ostatnią nagrodę
idź wyprostowany wśród tych co na kolanach
wśród odwróconych plecami i obalonych w proch

ocalałeś nie po to aby żyć
masz mało czasu trzeba dać świadectwo
bądź odważny gdy rozum zawodzi bądź odważny
w ostatecznym rozrachunku jedynie to się liczy

a Gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

niech nie opuszcza ciebie twoja siostra Pogarda
dla szpiclów katów tchórzy - oni wygrają
pójdą na twój pogrzeb i z ulgą rzucą grudę
a kornik napisze twój uładzony życiorys

i nie przebaczaj zaiste nie w twojej mocy
przebaczać w imieniu tych których zdradzono o świcie


strzeż się jednak dumy niepotrzebnej
oglądaj w lustrze swą błazeńską twarz
powtarzaj: zostałem powołany - czyż nie było lepszych

strzeż się oschłości serca kochaj źródło zaranne
ptaka o nieznanym imieniu dąb zimowy
światło na murze splendor nieba
one nie potrzebują twego ciepłego oddechu
są po to aby mówić: nikt cię nie pocieszy

czuwaj - kiedy światło na górach daje znak - wstań i idź
dopóki krew obraca w piersi twoją ciemną gwiazdę

powtarzaj stare zaklęcia ludzkości bajki i legendy
bo tak zdobędziesz dobro którego nie zdobędziesz
powtarzaj wielkie słowa powtarzaj je z uporem
jak ci co szli przez pustynię i ginęli w piasku

a nagrodzą cię za to tym co mają pod ręką
chłostą śmiechem zabójstwem na śmietniku

idź bo tylko tak będziesz przyjęty do grona zimnych czaszek
do grona twoich przodków: Gilgamesza Hektora Rolanda
obrońców królestwa bez kresu i miasta popiołów
Bądź wierny Idź


piątek, 3 kwietnia 2015

Oczekiwanie niebieskie

Znałem Go kilkanaście lat, poznaliśmy się jeszcze w końcówce studiów. Właściwie z pierwszej pracy, która z czasem przerodziła się w wieloletnią współpracę "dorywczo i z doskoku" Nie była to jednak znajomość zawodowa. Wieloletnia wspólna praca, zabieganie o klientów nie przeszkadzały w praktykowaniu bardzo dobrej atmosfery na co dzień. Z wiekiem i doświadczeniem zbieranym w innych miejscach zauważałem że nasze kontakty okazywały się wyjątkowe. Nie ja jeden lubiłem Tu wpadać. Sporo klientów stawało się dobrymi znajomymi a różnice między pracownikami i nimi znikały na zawsze. Miał w tym swój wielki udział. Nie wiem dlaczego ale sprawiał zawsze wrażenie człowieka lubiącego dłużej posiedzieć i porozmawiać na wszelkie tematy. Verdi, Mahler, malarstwo renesansowe, film czy z drugiej strony mechanika, chemia oraz koronna w Jego przypadku geopolityka oraz stosunki międzynarodowe - wszystko to były dla Niego właściwe tematy do codziennych konwersacji. W trakcie pracy oczywiście. Nie był typem lawiranta, opędzającego pracę. Zawsze pracował na własny rachunek, co wyrobiło w nim oczywistą obowiązkowość oraz kulturę działania. Poligrafia nie przeszkadzała mu w podejmowaniu innych wyzwań. Mógłby być świetnym handlowcem (potwierdzą na pewno przedstawicielki firm lubiące słuchać jego komplementów) wykładowcą akademickim ( jego wykład na temat postarzania papieru przy okazji druku "archiwalnych" ulotek, z zachowaniem wiedzy technologicznej był majstersztykiem docenionym przez asystentkę reżysera). Z rękawa sypał pomysłami na pograniczu techniki i reklamy. Zaproponował kiedyś prostą animację poklatkową z wykorzystaniem dynamiki wagonu metra w tunelu. Nie to jednak było najważniejsze. Swoją niepowtarzalną klasę potwierdzał czym innym. Na przykład tym że praca może być przyjemna a nawet pasjonująca, tylko kiedy jest wykonywana i przyjmowana z szacunkiem. Nie przypominam sobie przez kilkanaście lat żadnej pyskówki lub typowego gdzie indziej chamstwa, podlizywania się czy podsrywania itp. Był za to zawsze czas na błyskotliwą uwagę dotyczącą zwykłych dupereli co ratowało najtrudniejsze nawet sytuacje w chwilach stresowych, pośpiechu itp. Generalnie klasa i właściwe relacja z właściwą hierarchią. Potrafił być niezwykle wyrozumiały nawet dla telemarketerów. Grzecznie i cierpliwie tłumaczył za każdym razem, że przechodził te same kursy socjotechniczne i wie jaki będzie kolejny "ruch" przebiegłego handlowca. Były też kontakty prywatne i towarzyskie, dziś jednak pominę ten świetny wątek. Wspomnę inny. Wpadłem pewnego razu do "Krypty" ( nazwa ówczesnego miejsca pracy) w okresie ferii z dziećmi. Jarek osobiście przygotował im na poczekaniu stanowiska przy komputerach, zlecając im zaimprowizowane szybko atrakcje. Potem dzieciaki  pytały mnie wielokrotnie kiedy będą mogły wrócić do "Krypty" żeby pobawić się na komputerach Pana Jarka. No cóż. Myślę że nie prędko. Ale na pewno kiedyś będzie im to dane. I nam również. Tyle że już nie w "Krypcie" lecz na rozległych niebieskich równinach.

Do zobaczenia brachu, niech Zmartwychwstały Pan przyjmie Cię do Swojego Królestwa.

Marcin

niedziela, 22 marca 2015

Nawrócenie teozofa

Historia nawrócenia Fryderyka Abrescha

W listopadzie 1928 r., kiedy po raz pierwszy przyjechałem do Padre Pio, byłem niewierzący. Urodziłem się w rodzinie protestanckiej i wrogiej kościołowi rzymskiemu, przeszedłem na katolicyzm ze względu na pewne udogodnienia, które się z tym dla mnie łączyły. Dogmaty nie przemawiały do mnie, natomiast pociągał mnie nieopanowanie okultyzm. Pewien przyjaciel wtajemniczył mnie w spirytyzm. Wieści zagrobowe nie wydawały mi się jednak wystarczające. Zwróciłem się więc z zapałem do magii, potem do teozofii, cały czas spędzałem na czytaniu książek z tego zakresu, mój księgozbiór aż pękał od ich nadmiaru. Od czasu do czasu, żeby nie martwić żony, przystępowałem do spowiedzi i Komunii, ale bez przekonania.
    Pewnego dnia usłyszałem o istnieniu kapucyna naznaczonego stygmatami, o którym mówiono, że czynił cuda. Postanowiłem zaryzykować, częściowo z ciekawości, częściowo przez wzgląd na żonę, ciężko chorą i znajdującą się w przede dniu operacji, która miała jej na zawsze uniedostępnić radość macierzyństwa, i wybrałem się do San Giovanni Rotondo. Zbyteczne dodawać, że moją nieufność zwiększało to, iż fakty, o których słyszałem, zaszły w łonie Kościoła katolickiego, który uważałem za przybytek zabobonów.
    Po pierwszym spotkaniu z Padre Pio pozostałem niewzruszony. Powiedział mi kilka słów, które mi się wydały oschłe. Po długiej i uciążliwej podróży spodziewałem się serdeczniejszego przyjęcia. Ostatecznie zdecydowałem się mimo wszystko przystąpić do spowiedzi. Zaledwie ukląkłem, Padre Pio oświadczył mi, że w poprzednich spowiedziach zataiłem ciężkie grzechy i spytał mnie, czy przychodzę z dobrą wiarą. Odpowiedziałem, że uważam spowiedź za obyczaj użyteczny społecznie, ale że nie mam pełnej wiary w nadprzyrodzone własności sakramentu. Coś jednak pchnęło mnie by dodać: "Ale teraz wierzę". Po chwili milczenia Padre Pio rzekł z wyrazem niewypowiedzianego bólu: "To jest herezja!, Wszystkie twoje Komunie były zatem świętokradcze! Musisz uczynić spowiedź powszechną. Zrób dokładny rachunek sumienia i przypomnij sobie, kiedy odbyłeś ostatnią prawdziwą spowiedź. Jezus ma więcej litości nad tobą niż nad Judaszem." Spojrzał na mnie surowo ze słowami: "Sia lodato Gesú e Maria"( niech będzie pochwalony Jezus i Maryja), po czym udał się do kościoła spowiadać kobiety.
    Zostałem w zakrystii, poruszony do głębi. Słowa Ojca brzmiały mi w uszach bez przestanku: "Przypomnij sobie, kiedy odbyłeś ostatnią prawdziwą spowiedź"...Wprawdzie przechodząc na katolicyzm przyjąłem ponownie chrzest warunkowy, który wymazał grzechy całego mojego życia, wprawdzie zaraz potem przystąpiłem do  prawdziwej spowiedzi, ale dla własnego spokoju postanowiłem wyznać wszystkie grzechy, od dzieciństwa począwszy. W głowie mi huczało, kiedy Padre Pio wrócił do zakrystii. "Dunque (zatem)-spytał-kiedy spowiadałeś się naprawdę ostatni raz. Zacząłem coś bąkać, ale przerwał mi w pół słowa: "Wystarczy. Ostatnia ważna spowiedź  była podczas podróży poślubnej. zostawmy to i zacznijmy od dzisiaj."
Osłupiałem. Ale Padre Pio nie zostawił mi czasu do namysłu. Wyraźnie, w postaci ściśle określonych pytań, począł mi wymieniać przewinienia nagromadzone przeze mnie od lat. Wyliczył nawet najpoprawniej wszystkie opuszczone Msze. Po przypomnieniu od początku do końca moich grzechów śmiertelnych Ojciec wyjaśnił mi ich ogromną wagę i dodał niezapomnianym tonem: "Lei ha sciolto un inno a Satana, mentre Gesú nel suo sviscerato amore si è rotto il collo per Lei" ( intonowałeś hymn na cześć szatana, gdy Jezus oddał swą głowę przez niewyczerpaną miłość do ciebie). Po rozgrzeszeniu czułem się tak szczęśliwy i lekki, jak gdybym dostał skrzydeł. Wracając do wsi z innymi pielgrzymami zachowywałem się jak swawolny wyrostek.

fragment książki Marii Winowskiej "Prawdziwe oblicze Ojca Pio"

czwartek, 19 marca 2015

Otwarta Pracownia. 1995-2015

Stowarzyszenie artystyczne Otwarta Pracownia oraz Bractwo św. Franciszka zapraszają na jubileuszową wystawę zbiorową "OTWARTA PRACOWNIA. 1995-2015", której wernisaż odbędzie się dnia 20. 03. 2015 o godz. 19.00 w galerii Otwarta Pracownia przy al. Dietla 11 w Krakowie. Wystawa trwa do 17. 04. 2015.

W bieżącym roku mija 20 lat działalności wyjątkowego, krakowskiego stowarzyszenia, które trwa pomimo rozmaitych niedogodności i mód, którym ulegają decydenci w świecie sztuki i jej odbiorcy.

 Stowarzyszenie łączy grupę różnorodnych twórców działających w rozmaitych mediach. Warto jednak pamiętać, że Otwarta Pracownia powstała jako alternatywa, swoisty protest artystyczny wobec modnych w połowie lat 90-tych ubiegłego wieku poglądów o "śmierci malarstwa" i przejściu sztuki na inny, nowy poziom działań skupionych głównie wokół performance i nowych mediów. W obliczu zachłyśnięcia się nowymi technologiami "staromodne" malarstwo i inne sztuki "tradycyjne" odejść miały do lamusa, do muzeów. Stare miało ustąpić nowemu. Wizje przyszłego świata sztuki okazały się jednak snem fałszywych proroków i prorokiń. Malarstwo nie "umarło", nie zeszło do "podziemi", a nowe media, pomimo popularności, nie stały się jedyną, słuszną droga dla twórców. Malarstwo trwa i ma się dobrze. Pewnymi tego byli i nadal są członkowie stowarzyszenia, którzy w 1995 roku założyli swoistą spółdzielnię; miejsce pomocy, wspólnej pracy i wymiany myśli między malarzami. Powstałe wówczas zasady stowarzyszenia, stawiały na pierwszym miejscu malarstwo w radykalnej opozycji w stosunku do równie wówczas radykalnych poglądów "czcicieli" nowej sztuki. Mentorem, autorytetem dla młodych malarzy stał się Jerzy Nowosielski, który wywarł na nich ogromne i twórcze wrażenie. Szacunek do warsztatu, rozważnego podejścia do koloru, form i wzajemnych układów brył, a także siła duchowości malarstwa mistrza, stały się wytycznymi dla grupy młodych twórców. Dzieła Nowosielskiego, a także równoległa fascynacja bogatą spuścizną malarstwa dawnego i awangardowego, stały się opoką dla młodych z Otwartej Pracowni.


 Z czasem, kiedy okazało się, że nowe media nie pogrzebały sztuki "tradycyjnej". Nowe pokolenia artystów na przekór "prorokom" powróciły do płócien i pędzli, prawdziwą okazała się postawa stowarzyszenia. Malarstwo przetrwało, a w Otwartej Pracowni miało się dobrze. Wzrastała liczba członków, którzy w skromnej przestrzeni, najpierw przy ul. św. Katarzyny 2, a następnie przy al. Dietla 11, pokazywali prace swoje i swoich przyjaciół. Zasady Stowarzyszenia, utworzone w czasach walki o istnienie malarstwa; stanowcze w ocenie sztuki nowych mediów, zostały z czasem złagodzone."Twierdza" malarzy została otwarta. Uchylono bramę dla innych- dla fotografików, performerów,twórców także i nowych mediów (...). 


 Dwie dekady istnienia stowarzyszenia, to okres ciągłej walki o egzystencję miejsca innego niż pozostałe. To trudny czas ochrony wyjątkowej przestrzeni. Rezygnacja i obawa wobec surowych prawideł ekonomii i rozmaicie interpretowanych kalkulacji mieszały się z poczuciem wyjątkowej wartości miejsca, jako terenu wymiany doświadczeń artystycznych. Tylko upór i chęć działania artystów, którzy nie czerpią zysków finansowych z faktu istnienia Otwartej Pracowni (ba... nieustannie wspierają, jak tylko mogą, z własnej kieszeni jej funkcjonowanie), uratowały niejednokrotnie to miejsce przed zamknięciem. Obok walki o egzystencję w trudnych czasach marginalizowania wielu aspektów kultury, jako elementu mniej istotnego dla pozornie zadowolonego z siebie społeczeństwa, ważnymi były i są wydarzenia radosne. Każda z wystaw, które od 1995 roku organizowane są przez Otwartą Pracownię, jest małym świętem i sygnałem, że warto podejmować tego typu działania na przekór rozmaitym, niesprzyjającym okolicznościom. Przykład naszego stowarzyszenia niech będzie inspiracją dla innych odważnych, którzy być może skorzystają z owej trudnej lekcji i stworzą miejsca podobne.

Michał Hankus 

Na wystawie jubileuszowej Otwartej Pracowni pokazane zostaną prace członków Stowarzyszenia. Należą do nich: Bettina Bereś, Olgierd Chmielewski, Ignacy Czwartos, Jacek Dłużewski, Wojciech Głogowski, Jerzy Grochocki, Michał Hankus, Jerzy Hanusek, Miho Iwata, Bartek Jarmoliński, Krzysztof Klimek, Koji Kamoji, Lech Kolasiński, Marek Kuś, Piotr Lutyński, Dariusz Mlącki, Monika Niwelińska, Marcin Pawłowski, Maria Pyrlik, Sławomir Toman.


piątek, 6 marca 2015

Zmiana

Od Damaszku wg. św. Pawła


Zmiana. Ruch uliczny, jazgot wesołych klaksonów, mnóstwo żółtych taksówek, stare modele amerykańskich wozów. Policjant w piaskowym mundurze, stojąc na postumencie, przenikliwym gwizdkiem dokonuje zmiany organizacji ruchu. Na drogowym znaku namalowanym wg średniowiecznego mistrza, Szaweł prześladujący chrześcijan zmienia się w Pawła głoszącego Ewangelię. Czym jest zmiana? Przejściem z cienia do światła, punktem gwizdka w ciągłości ruchu?

Jacek Dłużewski

sobota, 28 lutego 2015

Pasażerowie niebieskiego szofera

O malarstwie Andrzeja Wróblewskiego, przy okazji wystawy WRÓBLEWSKI: RECTO/VERSO 1948-49, 1955-57 prezentowanej od 12 lutego 2015 r. w warszawskim Muzeum Sztuki Nowoczesnej.

Okres pierwszych lat powojennych w polskim malarstwie to czas popularności sztuki abstrakcyjnej. Twórcy obrazów podobnie jak poeci poszukiwali odreagowania po tragediach wojny. Abstrakcja, powstała jeszcze na początku wieku jawiła się im jako najlepsza formuła odrodzenia kultury oraz doskonały pretekst do wyrzucenia z pamięci koszmarów wojennej rzeczywistości. Idee budowy nowego , lepszego świata idealnie wpisywały się w nową formułę traktowaną powszechnie jako awangardową. Również Wróblewski zainspirowany m.in malarstwem holenderskiej grupy De Stijl pod wodzą Mondriana, próbuje zaadaptować do własnej twórczości elementy neoplastycyzmu. Nie chce jednak podporządkować się zasadniczej idei tego kierunku która wymaga całkowitego zerwania nie tylko z figuracją ale jakąkolwiek iluzją rzeczywistości przemyconej w kształcie , szkicu lub sugestywniejszym kontraście. Maluje początkowo cykl obrazów geometrycznych, pozbawionych pozornie figuralnych inspiracji, są to jednak modele bardzo ekspresyjne, zdecydowanie wykorzystujące efekty kolorystyczne a nawet gest. Przedstawiają inny świat - abstrakcyjny, formalnie jednak przynależą do tego - pełnego kontrastów, ekspresji kształtów z symbolicznymi nawiązaniami do astronomii. W tej nowej rzeczywistości, niezwykle sugestywnej pełnej soczystych kolorów widział jak sam mówił współczesną rewolucję która natchnie wiarą w przyszłość i siebie. Jak się miało niebawem okazać, deklaracja uległa zawieszeniu a malarz powodowany nieznanymi motywami wraca do inspiracji figuralnych. I to w najlepszym wydaniu.


Już w następnym 1948r. maluje Szofera niebieskiego. Obraz niezwykle sugestywny, uproszczony formalnie który doskonale wpasowuje motyw figuratywny w formę na wpół abstrakcyjną.Za pomocą abstrakcyjnych płaskich plam Wróblewski konstruuje równie abstrakcyjną sytuację z życia codziennego. I co ciekawsze ta druga pełna treści) abstrakcja staje się niezwykle wzruszająca i prawdziwa- bliska powszechnemu doświadczeniu. Przedstawia szoferkę autobusu z tytułowym szoferem który odwrócony do nas plecami patrzy w pustą zaśnieżoną przestrzeń. Temperatura obrazu niezwykle zimna skontrastowana jest z jedynym ciepłym elementem w postaci ponurego czerwonego nieba. Fragment rzeczywistości symbolizujący tradycyjnie wolność a nawet radość w tym wypadku przybiera odwrotne wartości.  Dodatkowo pustka widoczna w drugim planie potęguje poczucie samotności a szofer według Jerzego Stajudy jest zaproszeniem widza do osobistej identyfikacji z zaistniałą sytuacją. Trzeba również pamiętać o charakterystycznym kodzie kolorystycznym stosowanym przez Wróblewskiego. Kolor niebieski uzyskiwany z niezwykle wydajnego błękitu pruskiego służył autorowi do oznaczenia osób ..po śmierci, najczęściej zabitych, lub tych właśnie przechodzących na drugą stronę. Znajdujemy je w słynnych rozstrzelaniach, w portrecie Matki z zabitym dzieckiem, nie ma wątpliwości że jest on użyty również tu. Czy jednak ta scena jest rzeczywiście tak kameralna i intymna na jaką wygląda? Otóż właśnie niedawno okazało się że niekoniecznie. Najnowsza prezentacja tego obrazu publicznie ujawniła że ma on drugą stronę -dosłownie. Jak się można naocznie przekonać, na plecach obrazu Szofera Niebieskiego Wróblewski pozostawił scenę również figuratywną tym razem jednak grupową. Ten drugi obraz równie smutny o podobnym kodzie kolorystycznym, a nawet jeszcze zimniejszy przedstawia całą grupę zamordowanych powstańców żydowskich. Czyżby to byli pasażerowie niebieskiego szofera? To już nie jest samotna podróż ale zbiorowy exodus w zaświaty przywodzący na myśl Umarłą klasę Tadeusza Kantora.
No cóż, eksperymenty formalne z malarstwem abstrakcyjnym nie poszły na marne, widać jednak wyraźnie że to nie one stanowiły o wielkości mistrza błękitnej sylwetki. Nawet najbardziej oczekiwana postawa afirmacji i poszukiwań formalnych popartych rozbudowaną teorią i praktyką rewolucyjną nie była w stanie stłamsić do końca artystycznych obserwacji z najbliższej autorowi rzeczywistości. Okazuje się nawet że jego duża aktywność rewolucyjna na niwie społecznej nie pomogła. Radosna Abstrakcja uległa   zimnej rzeczywistości. Czerwone niebo dopiero wschodziło nad horyzontem. Ale już odbywały się pierwsze aresztowania i egzekucje. Autobus ruszał w dalszą drogę.

MK


Zapraszam przy okazji do lektury bardzo dobrego tekstu Krzysztofa Karonia o malarstwie A. Wróblewskiego oraz jego kontrowersyjnej recenzji na temat wystawy RECTO\VERSO w MSN.

środa, 18 lutego 2015

Duchamp - prorok antykultury

Tylko dwóch ludzi w historii zyskało sławę wyłącznie dzięki zniszczeniu.
Jednym był joński pastuch Herostrates, który dla zdobycia sławy podpalił w 356 r. BC świątynię Artemidy w Efezie. Za karę został stracony, a jego imię miało być wymazane z ludzkiej pamięci. Była to kara – w Rzymie nazywana damnatio memoriae - znacznie straszniejsza od śmierci cielesnej. Herostrates tej kary uniknął i cel osiągnął, ponieważ jego imię przetrwało w zapiskach historyka Teopompa z Chios (Historia Filipa).
Drugim był francuski szachista Marcel Duchamp (1887-1968). Inteligentny, ale pozbawiony jakiegokolwiek talentu artystycznego, Duchamp nigdy nie stworzył wartościowego dzieła – jedyny obraz Duchampa, jakiemu przypisywano cechy oryginalności – Akt schodzący po schodach z 1912 r. - jest malarską kopią znanych od dobrych trzydziestu lat eksperymentów chronofotograficznych francuskiego fizjologa Étienne-Jules Mareya (1830-1904). Sławę postanowił osiągnąć Duchamp nie przez zniszczenie jednego dzieła, lecz całej sztuki, ale wbrew pozorom, jego wysiłki nigdy nie były traktowane serio nawet przez skrajnych awangardystów.
Tuż przed I wojną światową Duchamp uciekł z Europy do Ameryki, gdzie żył na koszt Francisa Picabii i środowiska amerykańskich nuworyszów opisanych przez Thorsteina Veblena w „Teorii klasy próżniaczej”. W 1916 r. współzakładał, wspólnie m.in. z Williamem Glackensem Society of Independent Artists Inc. Celem Towarzystwa było organizowanie całkowicie pozbawionych cenzury wystaw dzieł artystów niezależnych, a jedynym warunkiem udziału było wniesienie niewielkiej składki. Pierwsza taka wystawa odbyła się w 1917 r. i zgromadziła ponad 2000 prac 1200 autorów. Na tej wystawie Duchamp miał jakoby pokazać swój słynny Pisuar – Fontannę. Jest to nieprawda.
Dostarczony pod pseudonimem „R. Mutt” pisuar Duchampa został przez organizatorów wystawy odrzucony, ponieważ ich – awangardystów – zdaniem nie był dziełem artystycznym. Takie uzasadnienie opublikował Glackens w nowojorskiej prasie, czym wywołał manifestacyjne ustąpienie Duchampa (i jego dwojga stronników) z zarządu Towarzystwa. Nie było żadnego skandalu, pisuaru nie pokazano. Jeśli ktoś chce zrozumieć różnicę między modernizmem a powojenną sztuką współczesną, to ten przykład ją wyjaśnia – moderniści uważali siebie za artystów, a swoje dzieła za sztukę. Ich następcy już nie.
Nieszczęsny pisuar został przetransportowany do Galerii „291” Afreda Stieglitza, ustawiony na postumencie, sfotografowany i wyrzucony na śmietnik. Fotografię z opisem „skandalu” wydrukowano w drugim numerze dadaistycznego pisemka The Blind Man (Ślepiec) wydawanego przez  Duchampa, Henri-Pierre Roché i Beatrice Wood. Po tym drugim numerze pisemko adresowane do nowojorskiej elity padło.
Mimo wysiłków Duchampa na ponad 30 lat o sprawie zapomniano, traktując ją jako młodzieńczy eksces starzejącego się lowelasa. Ameryka jeszcze nie straciła rozumu. Dopiero gdy ruszyła antykulturowa rewolucja, Duchamp został doradcą artystycznym Peggy Guggenheim, a w 1950 r. replikę pisuaru pokazano w nowojorskiej galerii Sidneya Janisa – tej samej, w której 10 lat później debiutował Warhol z pop-artem. W 1964 r., z okazji drugiego najazdu Hunów, mediolańska galeria Arturo Schwarza wykonała 8 (12?) kopii pisuaru, które trafiły m.in. do Centrum Pompidou w Paryżu, Tate Modern w Londynie i Philadelphia Museum of Art. I proszę sobie wyobrazić, że te instytucje dzieła te przyjęły i włączyły do swoich zbiorów.
W 1993 r. francuski akcjonista Pierre Pinoncelli nasikał do pisuaru wystawionego w Centrum Pompidou, a w 2007 r. rozbił go młotkiem. W ten sposób Marcel Duchamp wszedł do historii sztuki, poszerzając jej definicję do zera.

Krzysztof Karoń
16 lutego 2015 r.

Calvin Tomkins - biograf Duchampa, krytyk sztuki New Yorker-a stwierdził że “Nie potrzeba dużej wyobraźni, by w pisuarze dostrzec delikatnie spływające linie zawoalowanej głowy klasycznej renesansowej Madonny, czy Buddy w pozycji siedzącej lub co być może jest bardziej na miejscu, jeden z polerowanych form erotycznych Brancusi”. Od tego czasu metoda Duchampa jest najbardziej prymitywną a co za tym idzie najpopularniejszą formą propagandy antykulturowej i często służy publicznemu wyszydzeniu i profanacji wizerunków chrześcijańskich.

MK

piątek, 6 lutego 2015

Śmietnik w Mogile



Śmietniki przy ul.Bulwarowej w Krakowie. Nowa Huta, tuż przy Opactwie Cystersów w Mogile.

Wyszedłem z synem na spacer. Po drodze odwiedziliśmy śmietnik, taki do segregowania odpadków: plastik, papier ,metal ,psie gówno itd....Wyrzuciliśmy co nasze i byłoby jak zwykle, ale pod jednym z pojemników zauważyliśmy święte obrazki. Były spleśniałe ,brudne i nie zachęcały do jakiegokolwiek kontaktu. Oparte były jeden o drugi. Rozstawiliśmy je i zrobiliśmy zdjęcia. Ot cała historia .

piątek, 23 stycznia 2015

Czekanie

Od Damaszku wg. św. Pawła
Czekanie. Dziewczyna czeka na telefon, jest modnie ubrana, prawdopodobnie
jest chrześcijanką lub alawitką. Biały strój odbija białe światło. W miejscu cienia, na budce telefonicznej umieściłem scenę męczeństwa św. Jerzego, namalowałem ją wg iluminacji anonimowego średniowiecznego malarza. Czy dziewczyna na obrazie nadal czeka na telefon? Ten już nie działa, jego miejsce wypełnia męczeństwo, w którym św. Jerzy oczekuje zbawienia. W czekaniu jest nadzieja, w nadziei nagroda. Czym jest czekanie wspólne dla dwóch stron?

Jacek Dłużewski

czwartek, 25 grudnia 2014

Greccio-prawdziwe źródło odrodzenia. Deklaracja programowa.

Kiedyś była to zwykła grota skalna. W niej to św. Franciszek urządził pierwszy żłóbek w Kościele w noc Bożego Narodzenia 1223r. Pod mensą ołtarza – skała, na której św.Franciszek położył na sianie figurkę Bożego Dzieciątka, a obok umieścił żywego wołu i osła. Przed żłobem ustawiono prowizoryczny ołtarz, przy którym brat Leon odprawił w pamiętną noc mszę św., Franciszek zaś wygłosił okolicznościowe kazanie do licznie zebranych ludzi z całej okolicy.
br. Grzegorz Filipiuk OFMCap.

Szanowni Państwo
Chciałbym przedstawić inicjatywę artystyczną, która z dniem dzisiejszym inauguruje swoją działalność pod nazwą Bractwo św. Franciszka. Idea powstania grupy narodziła się w tym roku w Greccio podczas pasjonującej pielgrzymki szkolnej w której dane mi było uczestniczyć . Jak się potem okazało historia oraz duchowość biedaczyny z Asyżu wydała mi się szczególnie odpowiednia dla naprawy, odrodzenia z upadku duchowego cywilizacji europejskiej w którym właśnie uczestniczymy. Nie jestem teoretykiem sztuki, zdecydowanie pewniej władam pędzlem niż piórem, w związku z tym proponuje na początek cytat autorstwa W.J. Koraba-Karpowicza na temat genezy innego upadku oraz rewolucji jaka miała miejsce kilkaset lat temu , a która związana była właśnie z osobą św Franciszka:

"Okres renesansu określany jest często jako przejściowy między średniowieczem a czasami nowożytnymi. Choć jest to z pewnością czas, W którym następuje zmiana ludzkiego poglądu na świat, określenie to może być mylące.Jako formacja umysłowa, w której dominującą rolę odgrywa prąd humanizmu, renesans stoi bowiem w opozycji zarówno wobec średniowiecza, jak i nowożytności. Zafascynowanie starożytnością prowadziło twórców renesansowych do odrzucenia tradycji średniowiecznych w nauce i sztuce, ale nie prowadziło ich jednak do nowożytnej laickości, ani do reformacji. W istocie renesans to przebłysk kultury antyku wzbogaconej doświadczeniem chrześcijańskim. Jest jednym z największych wzlotów ducha ludzkiego w historii cywilizacji zachodniej. Ten wzlot, tak jak lot Ikara, kończy się jednak druzgocącym upadkiem. Koniec renesansu i początek nowożytności wyznacza reformacja i wojny religijne w Europie, a także powstanie obrazu świata gdzie nie ma już miejsca dla nadprzyrodzoności."

Jak wiemy z historii sztuka rozwijała się dalej, inspirowana nowymi wydarzeniami a także rozpędzona genialnymi dziełami malarstwa protorenesansowego czy renesansowego. Stopniowo jednak wkradało się do niej wyjałowienie duchowe które doprowadzało do banalizacji, zagubienia, upadku dnia dzisiejszego. Mimo to "paliwa" starczało jeszcze na wiele lat. Jednym z twórców rozpoczynających rewolucję artystyczną tej epoki był włoski malarz włoski Giotto di Bondone
, wielki propagator duchowości Franciszkańskiej. W opracowaniach dotyczących genezy renesansu wskazuje się na inspiracje antykiem, znudzenie scholastyką, niderlandzkie wynalazki technologiczne( malarstwo olejne). Na dalszym miejscu napomyka się czasem o pewnym wpływie duchowości franciszkańskiej powstałej jeszcze w XIII w. Jednak to właśnie Giotto wraz z całą elitą artystyczną Toskanii tworzył swoje dzieła nie przy okazji ale pod ogromnym wpływem św. Franciszka i jego rewolucyjnej idei. To nie były tylko obrazy na zamówienie ale cała ideologia która odmieniła nie tylko życie religijne ale całą kulturę europejską z góry na dół (a może właśnie z dołu do góry). Malarstwo, literatura, filozofia - wszystkie te dziedziny zanotowały erupcje inwencji właśnie na gruncie zauroczenia biedaczyną z Asyżu.

tak pisze o tym okresie Korab-Karpowicz:

"Historycy życia umysłowego podkreślają że w dobie renesansu przedmiotem zainteresowania staje się człowiek. Jednak rzadko kiedy określają, na czym ten "zwrot ku człowiekowi" polegał. Dla czołowych humanistów ten zwrot nie oznaczał, jak się często błędnie uważa, zeświecczenia, lecz wręcz odwrotnie, pogłębienia religijności-odejścia od sformalizowanego pojmowania religii, jakie reprezentowała umysłowość scholastyczna późnego średniowiecza. Zanim stało się określeniem stylu w sztuce, albo powrotu do dziedzictwa starożytności, słowo"renesans" albo "odrodzenie" miało więc znaczenie religijne. Wyrażało ideę odrodzenia człowieka. Hasła podniesienia moralnego jednostki oraz pogłębienie jej stosunku do Boga przez doświadczenie wewnętrzne bezpośredniego spotkania ze Stwórcą, były głoszone już w XIII w. przez ruch religijny zapoczątkowany przez św. Franciszka z Asyżu.Ideałami franciszkańskimi przepełniony był między innymi największy artysta włoski XIV w. Giotto di Bondone (1267-1337)"

Wpływ ten nie zakończył się wtedy ale trwał przez wszystkie lata z większym lub mniejszym natężeniem aż do dnia dzisiejszego. Zawsze kiedy odzywało się gdzieś jego echo dochodziło do poruszenia artystycznego chociażby takiego jak w okresie Młodej Polski w literaturze.
Św. Franciszek jest jednak moim zdaniem szczególnie predestynowany do tej funkcji właśnie teraz. Jego świadectwo ma niezwykłe walory uzdrawiania, reprezentuje również najbardziej zagubione cnoty niezbędne do życia. Egzystencja w XXI wieku wydaje się dla wielu życiem w apogeum ludzkich dokonań i możliwości. Zasobność materialna krajów najlepiej rozwiniętych, często o wielkich tradycjach, poparta efektownym poziomem technologicznym może wydawać się wymarzonym czasem, szczytem ludzkich dokonań. Jak jest wszyscy wiemy. Ludzie w młodym wieku prezentują kondycję duchową i umysłową na marnym poziomie,często są zastraszeni i bezbarwni, przyzwyczajeni do stadnych zachowań na rozkaz. Nic nie pomaga im swoboda finansowa i szerokie możliwości techniczne. Dusze przyzwyczajone do wygód i poszturchiwań politycznych nie potrafią uwolnić wyobraźni. Boją się. Panuje koniunkturalizm, wymuszona perwersja w surowej kontrkulturowej oprawie zbliżonej do mody panującej w Chinach zeszłego wieku. Mózgi w mundurkach poprawności politycznej. Ekran, drukarka i nożyczki. Wyobraźnię zastąpił projektor, puste przestrzenie i desperacki ekshibicjonizm. Może byłoby to jeszcze warte komentarzy czy dyskusji gdyby nie było tak nudne i powtarzalne. Z drugiej strony nurt cukierkowego kiczu inspirowanego wschodem, zniewieściałe kolaże azjatyckich potworków duchowych mających zachwycać pseudo egzotyką i przestraszać satanistycznymi motywami.Triumf Antykultury ogłaszany od lat poraża pustką i bezradnością. Nie chcemy oglądać zwłok chińskich dysydentów preparowanych w Holandii i wystawianych w galeriach sztuki oraz  galeriach handlowych na całym świecie. Dobrze streścił to Krzysztof Karoń w dyskusji na forum http://historiasztuki.com.pl

„Jeśli nie od stu lat, to przynajmniej od pięćdziesięciu, artyści nie pokazują już imponujących dzieł sztuki, ale wystawiają na pokaz własne flaki. Nie jestem anatomopatologiem, ale głowę daję, że 99% ludzi flaki ma niemal identyczne. Nie zaprzeczam, że często jest to ekspresja rozpaczy, ale wszyscy rozpaczaliśmy, rozpaczamy, albo będziemy rozpaczać. Coraz mniej mnie interesują flaki artysty i coraz rzadziej zdarza mi się trafić na coś, co mi zwyczajnie imponuje (nie chcę używać zbyt nadętej terminologii:). Ja mogę godzinę patrzeć na ręce grającego pianisty, nawet przy wyłączonym dźwięku. Ja takie ręce podziwiam i podziwiam takiego pianistę, bo nawet jeśli ktoś ma łatwość grania, jaką przypisywano Rubinsteinowi, to i tak swoje musiał odsiedzieć na czterech literach przy klawiaturze. No, chyba że klastery i sonory. Proszę zwrócić uwagę, że np. muzycy, który przecież przechodzili przez wszystkie etapy awangardy, już dawno przestali "prowokować do myślenia". Oczywiście nikt z nich nie wie, jaka ma być muzyka przyszłości. Tego się nigdy nie wie. Jednak większość z nich szuka, z różnym skutkiem, ale szuka. Część z tych, którzy kiedyś "rzucili Europę na kolana" próbuje na stare lata pisać muzykę nadająca się również do słuchania, a nie tylko do oglądania na oscyloskopie. Coś w tym jest.”

Gołym okiem widać że Czegoś tu brakuje. To nie możliwe żeby jednocześnie na całym świecie wszyscy podobnie bredzili i nie mieli nic innego do powiedzenia. A brakuje przede wszystkim tego co doświadczyłem osobiście w trakcie tegorocznej pielgrzymki po sanktuariach franciszkańskich we Włoszech. Wykute w skale sanktuaria w otoczeniu dzikiej przyrody. Niespotykana cisza i spokój, wokół tylko skały i przyroda. Chłodna szarość, żywa zieleń, miękkie i ciepłe drewno. Wewnątrz pięknie malowane freski których każdy kolor mówi wszystko co tylko jesteśmy w stanie dostrzec, czasem jakaś figurka, uświęcone fragmenty ręcznie wypisane w wybranych miejscach, proste drewniane meble zachowane w dobrym stanie od setek lat. Wizerunki przedstawiają sceny z życia Chrystusa, Swiętej rodziny. Przebywanie w takim miejscu leczy z każdą sekundą tysiące zdewastowanych komórek nerwowych. Najprostszy wyraz wykuty w ścianie zapada w pamięć na wieki. Każdy obraz, fragment płótna, drewnianego krzesła, rysunku na ścianie przenika do duszy na zawsze w postaci fantastycznego powidoku. W takich to warunkach, żywiąc się naturalnymi produktami bez wygód, zaawansowanej technologii oraz sztucznego wspomagania farmakologicznego skromni bracia tworzyli zręby europejskiej kultury. Czytali, pisali, porównywali, kontemplowali w modlitwie a nawet malowali czy tworzyli wynalazki. Widziałem tam w niewielkiej salce m.in. projektor na świecę z XIII w. który służył do wykładów. Nie dostrzegłem zaś ani grama zadrukowanego papieru, zdjęcia, milimetra reklamy w odległości kilkunastu kilometrów. Widziałem tylko jeden monitor, przy laptopie konserwatora. Radio, telewizja? Zapomniałem że coś takiego istnieje. Wokół co najwyżej śpiew ptaków lub chorały gregoriańskie. Sam Bóg wszędzie.

W takich warunkach niewiele potrzeba żeby odżyć, uleczyć nerwy i odzyskać spokój. Mózg zaczyna kojarzyć i przypominać sobie dawno zapomniane fakty. Zmysły odzyskują wrażliwość dziecka a wyobraźnia zaczyna zataczać coraz większe kręgi, jak gołębie wypuszczone na wolność. I nie ma wątpliwości że złe jest złe a dobre bardzo dobre.Tego właśnie potrzeba współczesność dziś w każdych ilościach. I to nam podpowiada św. Franciszek. Nawet gdybyśmy mieli zajmować się pacykarstwem czy lepieniem garnków.

Marcin Kędzierski
W imieniu Bractwa św. Franciszka.

Polecamy ...

Z głową w chmurach

Był ubrany w swe wojskowe angielskie ubranie, zapięte agrafką pod szyją, ułożony starannie, uczesany, nawet kanty spodni były wyrównane. ...