piątek, 23 czerwca 2023

Tomaszów-pożegnanie Krzysztofa Karonia


Poznaliśmy się nieprzypadkowo. Rok 2014 był w moim życiu momentem granicznym, osobistym protorenesansem na wzór tego XIII wiecznego, czasem odnowy duchowej, wyjścia z zapaści intelektualnej i artystycznej, widomą łaską od Boga. Właśnie wróciłem z moim synem, z pielgrzymki szkolnej śladami św. Franciszka, zafascynowany pięknem i ciszą franciszkańskich sanktuariów, przestrzenią gdzie zachował się do dziś średniowieczny świat pełen światła i pokory. Wykute w skale, w cudownej przyrodzie, sanktuaria, gdzie do zachwytu nad Bożym Pięknem wystarczył fresk namalowany na skale, kamienny ołtarzyk z drewnianym Krzyżem i cisza pełna Łaski. Łaski, która napełniła mnie radością i jasnym światłem, które wprost wskazywało na Źródło. Po powrocie też natychmiast dostrzegłem płytkość, małość i pretensjonalność współczesnego życia, którym żyłem. Do którego byłem przyzwyczajony od tylu lat. I na ten stan dobry Bóg podesłał mi nauczyciela, dziś wiem, że nawet profesora, człowieka, który do cudownie odzyskanej wiary miał mi do zaoferowania bezcenny skarb podbudowy intelektualnej, racjonalnego oglądu współczesności. Wcześniej żyłem przekonany o tym, że świat jest workiem bez dna, pełnym różnorodnych wartości, z którego dobieramy, co uznamy za przydatne, tworząc kolejne wartości. Większość z nich naiwnie przyjmowałem za uprawnione, uświęcone autorytetem ludzi wyżej wykształconych, ważniejszych. W ogromnym stopniu dotyczyło to na przykład historii sztuki, dziedziny życia, która była dla mojego zawodu artystycznego szczególnie ważna. Przyjmowałem hierarchię i styl życia tego świata. Pojawiały się czasem wątpliwości, które cierpliwie tolerowałem, budując w swojej głowie konglomerat bez właściwości. Dopiero fenomen franciszkańskiego świata poznany na pielgrzymce oraz osoba Krzyśka, który wniósł zaraz potem uporządkowaną i przemyślaną, własną pracę intelektualną-postawił mnie na nogi. Uświadomił, że wszystko ma swój wektor, kierunek, o tym, że jest góra i dół. Światło i ciemność. I że wszystko jest zorientowane wobec Boga, Jemu podległe lub w opozycji. I chociaż diagnoza była bolesna, uświadomiłem sobie, na jakim jesteśmy marginesie i że świat jest w przeważającej części zdemoralizowany i wrogi, odetchnąłem wreszcie świeżym powietrzem. Wiedziałem wreszcie, na czym stoję. A mapę tego Świata, drobiazgowo i rzetelnie usystematyzował Krzysztof, tworząc od wielu lat własną syntezę Historii kultury, badając na własną rękę tropy poznane kiedyś na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej. To tam na Wykładach słynnego profesora, pisarza i architekta, Waldemara Łysiaka zaczynał swoją przygodę ze Sztuką. Karoń był typem indywidualisty, eksperymentatora. Nie ufał zastanym hierarchiom, obiegowym opiniom, nawet uświęconym przez wszystkich autorytetom. Nie. On musiał wszystko zrobić sam, na własny rachunek i najpierw dla Siebie samego czytał całą historię sztuki na nowo, od kolebki prehistorii, epoka po epoce, zgłębiając artefakty, ich socjologiczne i historyczne uwarunkowania, liczne świadectwa, tropy. Nie pomijał najtrudniejszych. Był na tyle uczciwy, że właśnie to, co go najbardziej irytowało, a co z biegiem czasu, szczególnie w nowożytności i współczesności objawiało się jako naznaczone znamieniem destrukcji, analizował najgłębiej, wchodził i poznawał do cna. Tak było, kiedy przychodził do Krytyki Politycznej, dopieszczanego finansowo przez wszystkich polityków sztabu młodzieży lewicowej, gdzie czytał i kupował wszystkie pachnące jeszcze farbą drukarską wydawnictwa wywrotowe dawnych i najbardziej współczesnych wolnościowców. Witany zawsze z otwartymi rękami, jak swój, zachwycał oczytaniem, znajomością tematu, po czym na koniec szczerze zaznaczał, że nie jest ich sympatykiem, ale najzagorzalszym przeciwnikiem ideowym. I to nie on był tego konfliktu zarzewiem. Jako miłośnik i znawca kultury, piękna obecnego w jak sam mówił, całej przestrzeni działalności człowieka od kilku dziesięciu tysięcy lat, zachwycał się równie szczerze mistycznym i technologicznym mistrzostwem fresków paleolitycznej świątyni Lascaux co równie niedościgłym dziś wykonawczo i niepojętym duchowo fenomenem gotyckich katedr, gdzie mrok dzień po dniu z równym mistrzostwem od lat rozświetla Boża Łaska symbolicznie obecna w promieniach światła przenikającego najpiękniejsze okna i witraże. I to dlatego, zachwycony blaskiem i ogromem piękna stworzonego przez ludzi z Bożej inspiracji i nadania, był zbulwersowany łatwością, z jaką dziś niszczy się ten niezmierzony dorobek banalnymi gestami ludzi bez wyobraźni, analfabetów, pełnych pychy i lenistwa.

Uświadomił sobie po wielu latach własnych dociekań i badań , że przełom XIX i XX wieku to okres, kiedy do wspaniałej i logicznej historii sztuki wkradł się nurt, który chce doprowadzić do destrukcji i unieważnienia tego, co powstawało przez setki tysięcy lat. Karoń zaczął zgłębiać to zagadnienie, szukał przyczyn. Postawił tezę o zdominowaniu naszej rzeczywistości duchowej, kultury przez barbarię, która świadomie chce zniszczyć dorobek tysięcy lat, pokoleń. Współczesność objawiła się pod znakiem antykultury i ten proceder, ta ideologia właściwie stała się dla Karonia wyzwaniem, sięgnął do źródeł współczesności, które odnalazł w agresywnym marksizmie, polityce. Ta diagnoza jest oczywiście doraźna i na pewno można ją pogłębić, badając rzeczywistość na poziomie jeszcze istotniejszym, duchowym. W prywatnych rozmowach Krzysztof nawiązywał na przykład do diagnozy Stanisława Ignacego Witkiewicza, który zapowiadał na początku XX w. perspektywę szybkiego staczania się i upadku całej naszej cywilizacji. Zaczyn tego upadku sytuował jeszcze w demokracji greckiej, chociaż doceniał bezcenny dorobek filozofów tamtej epoki. Witkiewicz uważał, że prawdziwa sztuka od swojego zarania była ściśle związana z religią, stanowiła jej dopełnienie. Bez religii traci ona wartość, karleje. I tę diagnozę dokumentował za pomocą prostych analiz i porównań Karoń, szczegółowo wskazując na metody i socjologiczne sztuczki, które dziś mylnie nazwano Sztuką Współczesną. Demaskował na przykład całe pokolenie twórców uczniów Josepha Beuysa, propagatora tzw. demokratyzacji sztuki. Beuys, sam obdarzony pewnymi zdolnościami, zdefiniował absurdalną pozornie tezę o tym, że każdy może być artystą bez względu na umiejętności. Co ciekawe, preferował tych kandydatów, którzy byli ewidentnie pozbawieni uzdolnień w tym kierunku. Karoń zauważył, że właśnie ta metoda doboru przyszłej elity artystycznej skazywała przyszłych kreatorów do podległości wobec swojego promotora, i wszystkich, którzy dzierżyli zarząd nad kulturą. Sztuka stała się w XX wieku domeną propagandy politycznej, a artysta niewolnikiem mocodawców, pozbawionym własnych atutów , umiejętności. Ludzi, którzy podobnie oceniali dorobek współczesnych mistrzów, było wielu, ale myślę, że nikt tak sugestywnie i z charyzmą nie przedstawiał tych zależności , nie było wielu, którzy podjęliby się tak wnikliwej i szczegółowej analizy współczesnej sztuki z takim sukcesem. Jego strona stanowi dziś nieocenione źródło nie tylko dla historyków, artystów, socjologów, ale dla każdego, kto chciałby zorientować się, w czym rzecz, doświadczając nieustannie zażenowania wobec współczesnej mizerii artystycznej , oraz nachalnej propagandy w każdej już praktycznie dziedzinie życia, opanowanej przez współczesnych inżynierów dusz. . 

http://www.historiasztuki.com.pl/index-kultura.php

Fenomen życia i działalności Krzysztofa Karonia pozostaje do odkrycia, ci, którzy go poznali pozostali pod ogromnym wrażeniem i z szacunkiem dla jego odwagi i błyskotliwości, wiedzy, niezapomnianej charyzmy wreszcie. Jego wystąpienia poprzedzone wieloletnią intelektualną pracą w zaciszu swojej pustelni, na ostatnim piętrze starej kamienicy na osiedlu Za Żelazna Bramą, były czymś zachwycającym, emanowały świeżością i ekspresją. Ba, były kubłem zimnej, źródlanej wody na zaczadzone smogiem współczesności głowy, zabłocone i oplute twarze ludzi zmęczonych, zrezygnowanych. Były tlenem, światłem, łaską od Boga. Ks. Tadeusz Guz powiedział po jego śmierci, że Karoń był właśnie fenomenem, gwiazdą, która pojawiła się i rozbłysła z niezwykłą siłą na kilka dosłownie lat. Tak jakby Bóg przygotowywał go w ciszy całe życie do misji, która miała objawić się pod jego koniec z niespotykaną mocą.

Wykształcony na Warszawskiej Architekturze, rozkochany w prawdziwej sztuce, pasjonat nie tylko średniowiecznego gotyku, prehistorii, ale również ceniący modernizm, Edwarda Hoppera i wielu innych współczesnych twórców, dla których liczyły się wartości artystyczne. Miał wgląd i talent, aby analizować twórczość najwartościowszych twórców współczesności, o czym świadczy na przykład przenikliwa recenzja malarstwa Andrzeja Wróblewskiego, którego nazwał malarzem Żołnierzy Wyklętych.

Kiedy usłyszałem o śmierci Krzysztofa, wiedziałem, że na pewno muszę pojechać na jego pogrzeb, chociaż miałem i do tej pory mam wiele jeszcze zaległych spraw, niedokończonych pilnych obowiązków. Wiedziałem, że to wszystko niknie wobec faktu utraty bliskiego człowieka i profesora, jednego z nielicznych autorytetów. Pamiętam ten dzień, 27 kwietnia 2023 r. Tak się składa, że od miesiąca, każdego dnia o innej, kolejnej godzinie odmawiałem Zegar Męki Pańskiej, rozważania Drogi Krzyżowej wg Luizy Piccarrety. W dniu pogrzebu Krzysztofa, kiedy wstałem rano i poszedłem na przystanek, była godzina 8.00 i zaczął się mój czas rozważań przewidziany na ten dzień. Przez godzinę w drodze na dworzec i już na samym dworcu zanurzyłem się w rozważaniu śmierci Jezusa na Golgocie. Był to, jak się okazało ostatni dzień wieńczący moją 24-dniową medytację. Ledwie skończyłem i podniosłem głowę, podjechał natychmiast autokar, który zawiózł mnie prosto do Tomaszowa Mazowieckiego na Mszę Pogrzebową. I tam już w przestronnym kościele przed samym Chrystusem, w obecności dwóch wspaniałych akolitów i patronów Św. Jadwigi, Króla Polski oraz Św. Maksymiliana Marii Kolbego, który (dziś to widzę) najpełniej wyrażał wartości, o które walczył Krzysztof, zrozumiałem, jak był dla Nich ważny. Ich dwoje asystowało jemu w ostatniej drodze najbliżej. Św. Jadwiga, Król Polski, która jako pierwsza poprosiła Maryję o duchową adopcję dla naszego kraju, i franciszkański męczennik, który powierzył Jej całe swoje dzieło życia.

***

Warto było pojechać do Tomaszowa Mazowieckiego małego miasteczka, nie tylko, żeby zobaczyć tych wszystkich ludzi którzy przybyli z różnych stron dla Krzysztofa. Warto było zobaczyć inny świat, skromniejszy i poważniejszy od całej naszej dumnej współczesności. Dopiero tu, na miejscu, dostrzegłem skalę kontrastu pomiędzy zdegenerowanym światem ponowoczesnej aglomeracji a niedostatkiem i skromnością prowincjonalnego miasteczka. To z tego środowiska pochodzi i tu się wychował Karoń, człowiek, który nie tylko zrozumiał najbardziej zawiłe konstrukcje kulturowe i socjologiczne, ale przede wszystkim miał odwagę powiedzieć głośno, że król jest nagi. Postawić pytania, na które nikomu kto „coś znaczy” nie opłaca się odpowiadać. Warto było pojechać tam zawsze, o czym zaświadcza inny wspaniały artysta związany z tym miejscem, poeta Julian Tuwim. Posłuchajcie sami...





sobota, 22 kwietnia 2023

Cześć Krzysiek

 

Krzysztof Karoń ( 1955-2023)

    Część Krzysiek. Ufam że jako tako się czujesz i działasz. Gdybyś miał czas to chętnie bym cię odwiedził, porozmawiał . Daj znać jak będziesz mógł. U mnie trochę zmian artystycznych ale wszystko w izolacji. Luminarze krajowej sztuki trwają w dziwnym chocholim tańcu. Ja staram się zachować spokój. Nie ma właściwie o czym gadać, i z kim. Trzymaj się i daj znać jakby co.

Marcin            Piątek, 21.04.2023

poniedziałek, 10 kwietnia 2023

Noe


To był początek lat 70 XX w. W miejscu, gdzie pełną zieleni przestrzeń warszawskiego Parku Kultury i Wypoczynku „Powiśle” przecina szerokim, łagodnym łukiem przestronna ulica Kruczkowskiego, nurkując pewnie pod kamiennymi przęsłami Mostu Poniatowskiego, jest przejście dla pieszych. Przejściem tym, jak co dzień, przechodziła w stronę domu na 3 Maja moja mama. Wprawdzie było ono dobrze oznakowane, lecz bez świateł, mama zaś  przekraczając je szybkim krokiem próbowała wymusić pierwszeństwo na nadjeżdżającym maluchu. I chociaż udał się ten manewr, to z niepokojem zauważyła, że samochód zdecydowanie zwolnił, mało tego, zatrzymał się zaraz za pasami i wysiadł z niego jakiś człowiek i skierował się w jej stronę. Mama nie miała ochoty na dyskusję, tym bardziej na mandaty i roszczenia, dlatego  przyspieszony krok zamieniła natychmiast w zdecydowany bieg. I wtedy usłyszała  swoje imię...

- Barbara !!!

Bardziej zaciekawiona niż przestraszona odwróciła się i przyjrzała lepiej, za przejściem na Kruczkowskiego, obok nowiutkiego malucha stał niewysoki uśmiechnięty mężczyzna.

- Barbara ? Nie poznajesz kolegi z klasy?! Z Radomia !


To był On. Ta sama niewymuszona, szczera serdeczność. Śmiały się nie tylko jego usta i policzki, śmiały się jasne oczy, śmiał się cały On. I chociaż w podstawówce nie znali się zbyt dobrze, to po kilkunastu latach, w innym mieście, ten uśmiech był jak ciepłe wspomnienie przeszłości. Okazało się, że są sąsiadami, On też od niedawna miał mieszkanie kilkaset metrów stąd, w nowych blokach, tylko palisada wysokich drzew na wzgórku w parku zasłaniała ich sylwetki. Oboje mieli szczęście, mieszkali w tym zielonym zakątku Powiśla, jednej z najpiękniejszych dzielnic Warszawy, w epoce wczesnego Gierka, w czasie kiedy kraj zdawał się wychodzić z Gomułkowskiego marazmu. Oboje doświadczali awansu społecznego i ekonomicznego w nowym mieście. Kolega przyszedł za chwilę w odwiedziny z przesympatyczną, równie uśmiechniętą małżonką i trojgiem dzieci. Z dwoma kilkuletnimi chłopcami plątających się pod nogami oraz dziewczynką jeszcze na ręku. Poznałem ich wtedy osobiście, byli moimi rówieśnikami. Pamiętam ich z tych wzajemnych wizyt, ale też z późniejszych lat, kiedy nie mieszkaliśmy już obok siebie. Moja mama zadbała, żebym dorastając znalazł najlepsze towarzystwo. Za jej namową inspirowaną radą tamtego kolegi wróciłem na Powiśle i wstąpiłem do starszoharcerskiej drużyny 324 WDHiZ Hawrań Wielki. Duch przygody w bliskości natury, samodyscypliny i wychowania patriotycznego, który tam panował, dla mnie w owym czasie jeszcze nieuświadomiony, z perspektywy czasu okazał się obok sportu (który też w młodości uprawiałem) najlepszym przygotowaniem do życia. Mama moja, podobnie jak jej kolega z klasy doskonale wiedzieli już wtedy, że wynalazek pułkownika armii brytyjskiej Roberta Baden Powella to najlepsze środowisko rozwoju. Prekursor skautingu swój system wychowania, gdzie starszy brat opiekował się skutecznie, grupą młodszego rodzeństwa, wyprowadził z obserwacji wielodzietnych rodzin. System ten miał na celu wyrwanie młodych chłopców z zadymionych, uprzemysłowionych miast, bezpośrednie zetknięcie z przyrodą, a przez to ich uzdrowienie psychiczne i moralne, wychowanie dobrych, patriotycznie nastawionych obywateli za pomocą przemyślanych gier z ukierunkowaną treścią. Dziś z perspektywy czasu widzę, że był to czas niezwykle budujący na przyszłość. To tam jako niewydarzony nastolatek nauczyłem się wielu fundamentalnych umiejętności. Panowanie nad sobą i naturą daną przez Boga okazało się być największą wartością dającą pewność siebie i bezpieczeństwo w każdych warunkach. Trudno tu wszystko wyliczać, budowanie szałasów jako miejsca schronienia, orientacja w terenie to najbardziej znane tego typu umiejętności, które nabyć można tylko przez praktyczne doświadczenia. Moim osobistym, ważnym doświadczeniem była samotna warta nocna w lesie, uświadomiłem sobie wtedy, że noc i ciemność nie są wcale tak straszna, a przeciwnie, dają wiele możliwości. Wprawione, skupione oko dojrzy więcej od intruza, który się zbliża. Poza tym ciemność jest równie kłopotliwa dla wszystkich, daje schronienie każdemu. Nauczyłem się w niej pewności siebie. W takiej właśnie atmosferze i okolicznościach poznałem lepiej bohaterów tego opowiadania, a właściwie Jego dzieci. Przemek - najstarszy, imponował rozsądkiem i przebojowością. Jak rodzice - uśmiechnięty i serdeczny. Jego wizytówką była niewątpliwie koleżeńskość i zdecydowanie. W drużynie podczas mojej tam bytności pełnił już funkcje instruktorskie, ale jego temperament i bezpośredniość sprawiały, że dla mnie był po prostu “swój”, jednym z zastępu kolegą z sąsiedniej pryczy. Stawiał wysokie wymagania, lecz czynił to w niezrównanie przemiły sposób. W tej swojej pasji i lekkości przypominał bardzo swojego ojca. Młodszy brat, Krzysiek był nieco inny. Na pierwszy rzut oka jak bliźniaki, jednak po bliższym poznaniu widać było różnicę. Nigdy nie miałem okazji lepiej poznać Krzyśka, Na obozie mieszkał w innym namiocie, nie tak kontaktowy, jak brat. Ja sam byłem dzieckiem zamkniętym w sobie, umiałem jednak dzięki temu dobrze obserwować. Mało kto teraz o tym pamięta lub wie, ale Krzysiek jako mój rówieśnik przypisany był do mojej klasy w szkole podstawowej na Powiślu. Mimo to nie mieliśmy nawet jednej wspólnej lekcji. Krzyś, bardzo uzdolniony, od razu na początku został przeniesiony o rok wyżej. Te wybitne zdolności dały o sobie znać nie raz w miarę postępującej edukacji. Równocześnie, w przeciwieństwie do brata wydawał się bardziej stonowany, introwertyczny. Z perspektywy czasu myślę, że dość wcześnie Pan Bóg wyraźnie ukierunkował mu charakter planując specjalną misję. Krzysiek, nie mniej od brata  dowcipny, sympatyczny, świetnie jeździł na nartach, był przystojny, ba, miał w liceum prawdopodobnie najpiękniejszą dziewczynę w całym Hawraniu, której zazdrościł mu niejeden rówieśnik. Jednak z tylko sobie znanych przyczyn wybrał drogę osobną, poczuł powołanie kapłańskie i wstąpił do seminarium. Ta droga nie zakończyła się i trwa pod dyktando Boga, tak jak to jest w przypadku wszystkich, którzy Jemu zaufają, bez względu na rodzaj powołania. Ks. Krzysztof wybrał potem jeszcze mocniejsze zjednoczenie z Jezusem i wstąpił do zakonu kontemplacyjnego o surowej regule - do Karmelu. I w tym zdecydowanym działaniu, podobnie jak swój brat był nieodrodnym synem swojego ojca, oddając jednak inną, duchową cząstkę usposobienia. Głębokie zawierzenie i mistyczne wtajemniczenie w relacje z Bogiem. Najmniej znałem córkę Ewę i najmłodszego Romka. Oboje jednak mają i mieli w sobie radosne usposobienie i serdeczność, tak jak reszta rodzeństwa. Cała rodzina tworzyła naturalną całość i wszystkich przenikał wspólny pogodny rys obecny w każdym z jej członków.


Teraz po latach wydaje mi się że Bóg wyznaczył specjalną drogę, wspólne powołanie, szczególnie w relacji ojca i syna, Być może również i mamy, ale o tym później. Na razie wróćmy do opowieści, do początku drogi. 


Przez wiarę Noe został pouczony cudownie o tym, czego jeszcze nie można było ujrzeć, i pełen bojaźni zbudował arkę, aby zbawić swą rodzinę. Przez wiarę też potępił świat i stał się dziedzicem sprawiedliwości, którą otrzymuje się tylko przez wiarę. Hbr 11 6-7



Serock, małe miasteczko położone nad Jeziorem Zegrzyńskim, naprzeciw ujścia Bugu do Narwi. W okresie wiosenno-letnim można tu było dopłynąć z warszawskiego Powiśla nawet tramwajem wodnym. Jako miejsce turystyczne może nie tak popularne, jak Zegrze, ale doskonale odgrywa swoją rolę cichej przystani poza duszną, miejską aglomeracją. Piękny zalew pośród cały czas jeszcze polskich lasów, z małą kameralną plażą, rowerami wodnymi, żaglówkami, ośrodkami turystycznymi z drewnianymi domkami dyskretnie ukrytymi w leśnej gęstwinie. Dla koneserów relaksu, raj znany jeszcze z czasów FWP. Do tego niewielki rynek, z parterowymi, pastelowymi kamieniczkami, tam poczta, cukiernia, fryzjer. Nad wszystkim czuwa Najświętsza Maryja Panna, patronka tutejszej parafii, ze swojej XVI wiecznej późnogotyckiej siedziby. Warowny kościół przetrwał tyle lat, nie zniszczyły go zawieruchy wojenne i pożary, a dziś jest dumą miasta. Na jego fasadzie widnieje zegar słoneczny z wierszowanym napisem 

„To pomnij, czas ucieka, śmierć goni, wieczność czeka”.


To właśnie tu, w tym bezpiecznym zakątku z dala od zawirowań, Pan Bóg przewidział Arkę dla swojego wiernego syna i jego licznej rodziny. Nie od razu jednak wszystko było proste i bajkowe. Przymierze zapowiadało ratunek, pomyślność, lecz wszystko to dopiero miało się spełnić całkowicie dopiero po latach cierpliwej pracy. Było paktem na całe życie i sięgało kolejnych pokoleń. Mama wspominała, że na początku nic nie zapowiadało sukcesu przedsięwzięcia. Jej dawny kolega z dzieciństwa i sąsiad z Powiśla, kupił na prowincji niedaleko Zalewu Zegrzyńskiego opuszczone gospodarstwo. Uściśliła nawet, że był to pas ziemi z zaniedbanym sadem, na którym znajdowało się wysypisko śmieci. Przejęcie takiej posesji zapowiadało raczej kłopoty i prawdziwą harówkę na lata. Nowy właściciel musiał osobiście uprzątnąć każdą tonę tej góry śmieci, ładować i wywozić do wyznaczonych miejsc. Ileż musiał mieć cierpliwości i determinacji przy tej pracy, ileż wyobraźni. Chyba tylko On od samego początku widział pod tą hałdą śmieci realny grunt, ziemię, w której wykopie wreszcie fundament pod dom. Konkretnie domek fiński, kupił go też okazyjnie,  używany. Zwoził na teren posesji kolejne sterty, tym razem już szlachetnych materiałów, drewnianych ścian domku pomalowanego wewnątrz białą farbą. I jakby tego było mało, dołożył sobie kolejnej pracy. Był wszechstronnie wykształconym inżynierem i być może znał jakieś sposoby, ale do dziś zadziwia fakt, że mechanicznie, chemicznie, a na pewno własnoręcznie oczyścił każdą najmniejszą deseczkę do żywego drewna, nie pozostawiając nawet grama dawnej powłoki. Powoli, cierpliwie budował rok po roku ten niezwykły dom, swoje miejsce na ziemi. Prace wykonywał w wolnym czasie, poza zwykłymi zawodowymi obowiązkami, których nigdy nie zaprzestał, nawet będą na emeryturze. Po prostu praca była jego sposobem życia. Nie była to jednak sama praca, kierowała nim zawsze ta nić porozumienia z Prawodawcą, Tym, który zawarł z nim przymierze, tchnął w jego serce nadzieję na całe życie. A serce miał jak dzwon. Zygmuntowski. Pan Bóg dał mu zgodę i moc przekształcać to, co zapowiedział w przymierzu.


I powstawał powoli, ale nieodwołalnie ten piękny zakątek, wśród zieleni, ogrodów, nad wodą, z przyjaznym, naturalnym domem, zaopatrzonym w niezbędne, nowoczesne rozwiązania techniczne, ułatwiające i umilające życie i pracę. Dom był przytulny i praktyczny, z kuchnią, pokojami, poddaszem, wszelkimi mediami, nawet garażem i piwnicą. Dawny zapuszczony teren pokrył zielony trawnik, pojawiły się drzewka, hydrant z wodą, nawet nieduży basen kąpielowy i huśtawki dla dzieci. Za domem zaczynał się sad, a teren szerokim pasem schodził w dół prawie do samego jeziora. Sad to temat na oddzielną opowieść, nie tylko pełen rajskich owoców, ale też okazja do naturalnej zdrowej pracy na świeżym powietrzu, pretekst do wychowania siebie i dzieci na zdrowych zasadach w naturalnym środowisku. To tu, jak wspomniał brat Krzysiek, praca stawała się dla nich obowiązkiem, nawykiem, ale też przenikała do świadomości, owocując po latach o wiele ważniejszymi zaletami charakteru, duszy. Tu też, a może nawet przede wszystkim, można było odnaleźć spokój i ciszę. Nawet sam Chrystus, kiedy potrzebował siły, szukał modlitwy i ciszy, z dala od zgiełku. Uciekał samotnie do rozmowy z Ojcem na pustynię lub do ogrodu. Wie o tym każdy duchowy człowiek, kapłan, osoba konsekrowana, nawet zwykły śmiertelnik. Wiedział też jego syn, ksiądz Krzysztof, który korzystał już w życiu kapłańskim z tej bezpiecznej pustelni, oddając się tu pracy intelektualnej i modlitwie. I paradoksalnie, w tym samym miejscu mogła znaleźć przystań liczna rodzina z gromadką dzieci. Miałem okazję doświadczyć tej gościnności jeszcze w XX wieku jako dzieciak i współcześnie z własną już rodziną. Gospodarz nie zaprzestał starań o ten azyl, stale o niego dbał, odnawiał, modernizował. Oddając klucz do dyspozycji przed moim tam pobytem, wyjaśniał co i jak. Okazało się, że cały dom, z doprowadzeniem wody, elektryczności, nie tylko w obrębie budynku, ale też do basenu i na terenie zielonym obsługiwała rozdzielnia znajdująca się w tajemniczej drewnianej szafie, umiejscowionej za drzwiami wejściowymi w ganku. Znajdowały się tam setki nieodgadnionych przycisków, liczników, bezpieczników i tysiące innych urządzeń, których nawet nie umiałbym nazwać, można było nimi kontrolować cały świat.. Wszystko doskonale sprzężone, podpisane i działające, prawie nowe. Pamiętam ten dzień, kiedy konstruktor tego wspaniałego systemu zarządzania, podając niewielką karteczkę, objaśnił mi krótko najważniejsze funkcje związane obsługą wody i prądu, czyli jedynie ułamek najpotrzebniejszych funkcji dostępnych z tej jednej szafy, z której można było zarządzać całością gospodarstwa domowego i ogrodu. Patrzyłem w ten nieprzenikniony, choć uporządkowany gąszcz nowoczesnej aparatury i czułem się jak pasażer statku kosmicznego. I co najważniejsze, wszystko idealnie działało, zaprojektowane z pasją i mistrzostwem, które po latach przeszły do legendy. Nawiązał do tego bardzo sugestywnie przełożony zakonu Karmelitów Bosych,  który korzystał z usług bohatera tej opowieści. Jako specjalistę od systemów elektrycznych poproszono go o wykonanie dokumentacji systemu dla dużego budynku zakonnego, który miał szereg konfliktów budowlanych i należał do trudnych, niewdzięcznych wyzwań. Kiedy dokumentacja była już gotowa, do zakonu przyszli inspektorzy z urzędu, aby wszystko zatwierdzić. Przejrzeli dokładnie dokumenty i oficjalnie zatwierdzili je jako spełniające wymogi. Zaproszeni, zostali jeszcze na obiedzie i o dziwo w trakcie posiłku cały czas zaglądali dalej do projektu, żywo coś komentując między sobą. Zakonnicy zaniepokojeni zapytali grzecznie, czy wszystko w dalszym ciągu się zgadza, czy nie ma jakichś problemów? Jeden z inspektorów po zastanowieniu wyjaśnił. "Temu człowiekowi powinno się postawić flaszkę, to co on przygotował, to nie jest tylko plan, ale  podręcznik systemów elektrycznych. Nas takich rozwiązań nawet nie uczyli, to jest rewelacja! Całe życie zawodowe projektował systemy instalacji ważnych instytucji z najsłynniejszym chyba wyzwaniem jakim był nadzór nad realizacją instalacji elektrycznej Teatru Narodowego. Pracował nawet na emeryturze, praktycznie do ostatnich dni. Każdego dnia coś, ołówek kartka, telefon. Konsultował niezliczone projekty. Zawsze na bieżąco z nowinkami. Nawet te ostatnie były nie tylko bezbłędne, ale zawierały najnowocześniejsze w danym momencie rozwiązania techniczne. Tak to jest, kiedy zawód jest pasją i radością.


Wszyscy wokół mówią o zagrożeniu, świat stanął na granicy, konflikty już trwają, eskalują, Ale nawet bez nich życie w mieście staje się dziś nie do zniesienia, w domu, czy na ulicy zalewa nas wszędzie nachalna propaganda zachodniej anty kulturowej ideologii. Zaraza zachodniego materializmu, prostacka ideologia komercyjnych korporacji, opanowuje nasze umysły pod szyldem obcojęzycznych, jak i swojsko brzmiących haseł. Mówią nam jak żyć, w telefonie, na przystanku, nawet w publicznym szalecie. 24 h na dobę, równolegle z czynnymi nieustannie sklepami monopolowymi pod domem. Pamiętam czasy, kiedy chodziło się do sklepu po pieczywo, ser, warzywa, mięso. Czasem w kolejce czasem bez. Mimo to jednak ser był naturalny, mąka była z pszenicy, mięso reglamentowane, ale prawdziwe. Wszystko pakowane w szkło i papier miało swój zapach i zdolność do spożycia naturalną, wyczuwalną dla klienta od zaraz. Dziś wszystko jest sterylnie pozgniatane w plastiku, z zakamuflowaną procedurą pochodzenia, produkcji. Już właściwie od zaraz zastąpione ma być przemiałem z robaków, wyliczono nam ile kto może zjeść, w co się ubrać, a nawet ile metrów może przejść bez kontroli. Poddawani jesteśmy dziś nieustannej inwigilacji, obserwowani z każdej strony przez ukryte kamery, śledzeni w domu i poza nim. Kto ma uszy niechaj słucha, kto ma oczy niech obserwuje, 15-minutowe miasta, kwadrans na wolnym powietrzu, nic nie będziesz miał i będziesz szczęśliwy. Widziałem przeszklone cele w postindustrialnych apartamentowcach, zimne, puste, bezduszne, bez grama intymności, cele z betonu żelaza i szkła. To wszystko dostępne w nieustannej promocji, za wielkie bezwartościowe pieniądze cyfrowe, dla frajerów z prowincji. Są tam całkowicie złote klatki, w których zamykamy się własnymi kluczami, poddając  bezrefleksyjnie w niewolę, pod nadzór anonimowych właścicieli naszych ciał i dusz. W tych okolicznościach nie trzeba wielkiej wyobraźni, by dostrzec walory życia poza tym systemem, gdzieś na prowincji, daleko od zmilitaryzowanych stref zgniotu. Najmniejsza nawet działka, gdzieś w lesie, blisko wody, z dostępem do lasu, nie mówiąc już o własnym gospodarstwie, wyżywieniu, dachu nad głową, czy takie miejsca nie są dziś ratunkiem, Arką właśnie, miejscem opatrznościowym ? To oczywiście symbol samodzielności, wiadomo, że samymi cenami energii, węgla można zatkać każdy dopływ, zrujnować każdą własność. To się dzieje od 1989 roku. Krok po kroku. Przejmowana jest kontrola nad wszystkim, co dał nam ludziom Bóg.


Msza pożegnalna w kościele pw. Świętej Trójcy na Powiślu. Ta zabytkowa świątynia jest bliska mojemu sercu jako pierwsza parafia, w której świadomie uczestniczyłem jako dziecko w życiu religijnym. Pamiętam niewiele, wąską pojedynczą nawę, oświetloną figurę Jezusa Nazareńskiego w głębi ołtarza. Pamiętam nawet obrazek Pawła VI w kancelarii parafialnej oraz prezenty rozdawane na Gwiazdkę. Znowu przychodzi mi na myśl ojciec Krzysztof. Trzeba tu genialnej Bożej logistyki, by tak pięknie wszystko zaplanować. Oto Stwórca najpierw powołuje z parafii przyszłego kapłana, później zakonnika do zakonu, a dopiero potem, w niedługim czasie sprawia, że cała parafia staje się siedzibą tego zakonu. W roku 2017 decyzją Kardynała stała się siedzibą Karmelitów Bosych. Co musi czuć rodzina, mama, tata, którzy wychowali i przygotowali syna do tej szczególnej, świętej drogi, kiedy widzą jak mocno Bóg im błogosławi tym wyróżnieniem. Ta niewielka świątynia, zbudowana na planie krzyża to miejsce szczególne. Perła baroku zaprojektowana prawdopodobnie przez Tylmana Van Gamerena, pierwszego architekta swojej epoki, jeden z najstarszych kościołów Warszawy. To tu przed Powstaniem Warszawskim miał miejsce kameralny ślub Barbary Drapczyńskiej i Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, największego poety Szarych Szeregów i Pokolenia Kolumbów. A po latach, kolejny harcerz, brat Krzysztof, ich własny syn doświadcza tu Sakramentu, który jest widomym znakiem od Boga.


Msza pogrzebowa. Wchodzi 11 księży, zakonników. Ich 11 apostołów, zmarły jako 12. Zaskoczeniem jest tak duża ich obecność. Okazuje się że jakiś czas temu zaplanowano wspólne modlitwy w intencji zmarłych i  wypadło to nieoczekiwanie dokładnie na ten dzień. Syn zmarłego brat Krzysztof odprawia jako główny celebrans. Dostał dyspensę z zakonu na dwa tygodnie, na ostatnie chwile swojego ojca. Razem czytali Pismo Święte. Ojciec spokojny, pogodzony, uważnie słuchał Słowa Bożego, zdarzyło się nawet, że delikatnie korygował syna kapłana, choćby przy słowie "świetlistość" poprawiając je na "światłość" . Odchodził, a mimo to widział jaśniej, pełniej. coś się domykało, musiał już odbierać coś zza kurtyny. Brat Krzysztof zaczyna Mszę Świętą od krótkiego stwierdzenia, że nie ma w zwyczaju dobierać czytań do okazji, uroczystości. I tak samo teraz, na pożegnanie ojca bierze, co Bóg daje, na dany dzień.


Pobłogosławił Bóg Noego i jego synów, mówiąc do nich:

„Bądźcie płodni i mnóżcie się, abyście zaludnili ziemię. Wszelkie zaś zwierzę na ziemi i wszelkie ptactwo powietrzne niechaj się was boi i lęka. Wszystkie bowiem gady i płazy, i wszystkie ryby morskie zostały oddane wam we władanie. Wszystko, co się porusza i żyje, jest przeznaczone dla was na pokarm, tak jak rośliny zielone, daję wam wszystko.


Tylko nie wolno wam jeść mięsa z krwią życia. Upomnę się o waszą krew przez wzgląd na wasze życie; upomnę się o nią u każdego zwierzęcia. Upomnę się też u człowieka o życie człowieka i u każdego o życie brata. Jeśli kto przeleje krew ludzką, przez ludzi ma być przelana krew jego, bo człowiek został stworzony na wyobrażenie Boga.


Wy zaś bądźcie płodni i mnóżcie się; zaludniajcie ziemię i miejcie władzę nad nią".


Potem Bóg tak rzekł do Noego i do jego synów: „Ja, Ja zawieram przymierze z wami i z waszym potomstwem, które po was będzie; z wszelką istotą żywą, która jest z wami; z ptactwem, ze zwierzętami domowymi i polnymi, jakie są przy was, ze wszystkimi, które wyszły z arki, z wszelkim zwierzęciem na ziemi. Zawieram z wami przymierze tak, iż nigdy już nie zostanie zgładzona żadna istota żywa wodami potopu i już nigdy nie będzie potopu niszczącego ziemię".


Po czym Bóg dodał: „A to jest znak przymierza, które Ja zawieram z wami i z każdą istotą żywą, jaka jest z wami, na wieczne czasy. Łuk mój kładę na obłoki, aby był znakiem przymierza między Mną i ziemią".

Rdz 9, 1-13


Dziś w dniach Świąt Wielkanocnych 2023 r. kończę ten tekst. Ufam, że zmartwychwstały Chrystus upoważnił mnie do zaświadczenia o tym, co widziałem przez prawie 50 lat mojego życia. Znałem Pana Zygmunta od dzieciństwa i wiem, że był człowiekiem przede wszystkim bardzo przyjaznym. Jako już dorosły poznałem go lepiej i widziałem, że darzył  szczególną miłością Pana Jezusa, zabiegając do końca swoich dni o ogłoszenie Go Królem Polski. Pomagałem mu przygotowywać materiały promujące tą niezwykle ważną inicjatywę, rozmawialiśmy o tym nie raz, była to jego potrzeba serca, najważniejsze wyzwanie. Ufam, że zmartwychwstały Jezus pozwolił mi napisać te słowa dziś, aby potwierdzić ich wzajemną relację. Przymierze, które spełnia się dziś i trwa.

Każdy z nas ma takie zaproszenie od Pana Boga. Do współpracy i wspólnej drogi.



niedziela, 26 marca 2023

Godzina Łaski

 


26 marca 1943 r., u zbiegu ulic Długiej i Bielańskiej w Warszawie, w pobliżu budynku Arsenału członkowie Grup Szturmowych Szarych Szeregów, pod dowództwem Stanisława Broniewskiego „Orszy” dokonali udanej akcji odbicia z rąk Gestapo Janka Bytnara „Rudego". Minęło 81 lat od tego wydarzenia. Trudno to wszystko dziś analizować po tylu latach, ale nieodparcie nasuwa się pytanie: cośmy uczynili z tym dziedzictwem? Pokolenie naszych dziadków stworzyło legendę, która przerasta nasze możliwości pojmowania patriotyzmu. Mimo to spróbujmy cofnąć się na chwilę w czasie i zanurzyć w tamtych latach, dniach. 23 marca niemiecka policja wpada do mieszkania Bytnarów i po rewizji aresztuje Janka i jego ojca przewożąc ich na Pawiak. Było to początkiem katorgi, szczególnie dla Rudego. Codzienne bestialskie przesłuchania na Szucha, katowanie do nieprzytomności. Janek świadomie zasłania się od wymierzanych ciosów postrzeloną wcześniej podczas akcji nogą. Ale Niemcy i tak nie mają skrupułów, biją go w godzinach urzędowania od 8  do 16 z charakterystyczną dla siebie skrupulatnością. Rudy znosi to w milczeniu, cierpi cicho za sprawę, za kolegów, za Polskę. Wiele jest relacji, analiz, opisów tego niezwykle twardego pokolenia, pełnego pasji, odwagi i męstwa. Okres, który właśnie przeżywamy stanowi dobitny kontekst. Koncówka Wielkiego Postu, Wielki Tydzień. Pan Bóg w tym roku pozwala nam zanurzyć się we wspomnieniach tamtych dni właśnie teraz, w przededniu Triduum Paschalnego, szczególnie chwalebnej Męki, Śmierci i Zmartwychwstania Pańskiego. I niejako niemal równolegle do tego Misterium, przyszło pochylić się nad rocznicą Akcji Pod Arsenałem. Z grupą współczesnych harcerzy mokotowskich wróciliśmy na chwilę do tamtych dni. Uderzyła mnie ta zbieżność, nie dosłowna, ale podobieństwo, dat, doświadczeń. Zaraz przed Niedzielą Palmową, otwierającą ten najtrudniejszy dla Pana Jezusa czas, obchodzimy rocznicę zniewolenia, uwięzienia i katorgi Janka Bytnara „Rudego". Wielki Czwartek - uwięzienie, ciemnica, Wielki Piątek - męczeństwo i Ukrzyżowanie,Wielka Sobota - Czas smutku , oczekiwanie i wreszcie Zmartwychwstanie. W Niedzielę Wielkanocną. Radość Wielka, bo Bóg pokonał śmierć. W tym toku będzie to 31 marca.

Mam w głębi serca nieśmiałą intuicję, że w tym roku Pan Jezus przeszedł niewolę i wyzwolenia z tym umęczonym harcerzem z Szarych Szeregów.

Skatowany i umierający Janek Bytnar „Rudy” leży bezwładnie na noszach w gestapowskiej więźniarce, nie wie już właściwie co się z nim dzieje, prawie kona. I wtedy doświadcza uwolnienia, koledzy z drużyny wyrywają go oprawcom na oczach oniemiałego miasta. W biały dzień. 26 dzień marca 1946 r. Dokonuje się jakby zmartwychwstanie. A Jezus towarzyszy mu na tej  drodze. Rudy umiera 2 kwietnia 1943 r.

„Przez pierwsze chwile nie zwracałem nań uwagi, zmieniając wystrzelone magazyny i obserwując ulicę-wspominał siedzący obok „Rudego” w samochodzie Tadeusz Zawadzki. Za chwilę obejrzałem się na Janka. (…) Na twarzy malował się uśmiech poprzez skurcz bólu. Wziął moją rękę w swoją dłoń i trzymał mocno. Dłonie miał czarne i spuchnięte. Mówił: Tadeusz, ach Tadeusz, gdybyś wiedział. Uspokajałem go, mówiąc, że za chwilę będzie w domu. Po chwili dodał: Nie myślałem, że to zrobicie”

Ze wspomnień „Zośki”

I na koniec jeszcze jedna myśl, może intuicja. Mama Janka, Zdzisława Bytnarowa po uwolnieniu syna przyszła do mieszkania profesora Gustawa Wuttke, gdzie na początku go przewieziono. Tam zszokowana trzymała skatowanego synka, na rękach, bezradna, załamana, wiedząc, że go traci. Przeżyła go o pół wieku, ale nie przypuszczała zapewne, że stanie się potem dla wszystkich kolejnych pokoleń Ukochaną Matulą wszystkich polskich harcerzy. Jezus z Krzyża tak właśnie posłał swoja Mamę, która stała się Matką wszystkich ludzi. 



Marcin Kędzierski



sobota, 28 stycznia 2023

Garaże i inne pejzaże zimowe. Obrazy Krzysztofa Klimka w MAW


Wszystkich, którzy mają jeszcze odrobinę wyobraźni i wrażliwości zapraszam na wystawę Malarstwa. Krzysztof Klimek nie zajmuje się propagandą polityczną żadnej, prawej ani lewej flanki. Nie potrzebuje wielkich sal, elementów scenograficznych, monitorów, i całego arsenału współczesnych śmieci. Krzysztof bierze sztalugę i wychodzi w plener, do lasu na dach świata, z którego najlepiej widać to, co nas otacza. Właśnie w taką pogodę jak dziś, w śniegu, błocie, na prowincji, stawia swój blejtram i mistrzowsko oddaje na płótnie, TO co umyka naszej uwadze przez całe życie. Garaże, samochody jak kubiki w martwej naturze, zachwycają niezmiennie od lat barwą dyskretną, własną, naturalną. Czy jest coś piękniejszego od takich scen. Moim zdaniem niewiele, ale to mój własny świat i ukochałem go równie mocno, jak Krzysiek. Nie ma znaczenia czy to było kilkanaście lat temu, czy właśnie dziś, kiedy wyglądam za okno na Sielcach. Tu kart nie rozdaje Bruksela ani Berlin, Nowy York ani urzędnik wstydzący się mówić w tym języku. Tu na szczęście rządzi jeszcze Gospodyni domu, pan Władek ze spożywczego, kilku sąsiadów, których znam tylko pobieżnie oraz Wszechmogący, który na to wszystko patrzy z Góry. Coś przepięknego, niezmiennie.

Byłem na wernisażu, mała zacieniona sala z punktowo oświetlonymi obrazami Klimka. Odrobinę za ciemno jak na mój gust. Szkoda, te obrazy domagają się naturalnego światła, na zasadzie impresjonistycznej. Wiele umyka w pomarańczowo szarej poświacie sztucznych żarówek. Tym bardziej że autor maluje te piękne obrazy wprost z natury. Powiedział kolka słów na ten temat. Klimek uważa, że kontemplacja otoczenia, bezpośrednie przeżycie i doświadczenie miejsca, w którym powstaje pejzaż, jest dla niego bardzo istotne. Każde miejsce trzeba poznać, poczuć temperaturę, zapach, dźwięk otoczenia. W jednym z obrazów zamglonym pejzażu właściwie powidoku koryta rzeki z niewielkim fragmentem zieleni tylko na pierwszym planie po lewej, w otchłani bieli pokrywającej większość kompozycji, widać ledwo dostrzegalny zarys linii brzegowej i dosłownie milimetrową kropkę błękitu. Niedostrzegalna na pierwszy rzut oka, ale jednak zauważalna coraz bardziej z czasem. Czym był ten punkt, odczytamy łatwo z tytułu: Wisła, mgła, z mostu, widok na stocznię, ktoś spawa, 2015, 40 × 100 cm, olej, płótno.

Klimek jak sam mówi, chce doświadczać w procesie twórczym, bezpośrednio z natury przeżycia mistycznego.

„Wierzę, że oddawanie się żywiołowi malowania bezpośrednio z natury i tego »wyczekiwania« na obraz, na ten moment, aż on sam zechce objawić się malarzowi, doprowadzi w końcu do syntezy tego przemijalnego i nieprzemijalnego”. 

Szczególne wrażenie robi największy obraz na wystawie, szarobiała panorama przedmieść Świebodzina. Nie ze względu na rozmiary oczywiście, ale z uwagi na podniosły przekaz i niezwykłą, tajemniczą kompozycję. Jest to niezwykle ascetyczne i delikatne malarstwo. Prosta kompozycja dzieli horyzontalną płaszczyznę blejtramu niemalże na pół. Dół jest połacią chłodne bieli śnieżnej, rozedrganej nieco ciepłymi dotknięciami szczeciniaka na pierwszym planie (ślady) i w miarę przesuwania się w głąb ku horyzontowi, nabiera sinej poświaty, docierając ostatecznie do kresu, którym jest ledwie zaznaczona linia miasteczka, z dostrzegalnymi, zlewającymi się z sobą niewielkimi zabudowaniami. Nad tym skromnym, ubogim pejzażem unosi się druga dominująca w obrazie płaszczyzna, szare ponure niebo, którego połać wypełnia resztę kompozycji z lewej do prawej i w górę. Najbardziej nawet szczegółowy opis obrazu, nie zastąpi nigdy jego prostej osobistej kontemplacji na żywo. Co chciał nam przekazać autor w tej niezwykle surowej i delikatnej kompozycji. Tajemnicę uchyla o dziwo tytuł obrazu. „Świebodzin, panorama miasta spod figury Chrystusa Króla, zima, Lubuskie” Okazuje się, więc że jest Ktoś jeszcze poza zimną, ponurą przestrzenią. Nie widać go, ale możemy się domyślić, że stoi za plecami malarza, który to przesłanie do nas kieruje. A co mówi nam To przesłanie, Co widzi Bóg, którego tu nie widzimy, a który niewątpliwie jest obecny ? Myślę, że widzi na pewno drogę, która biegnie od niego w głąb obrazu i która wyraźnie szerokim łukiem skręca bardzo mocno w lewo. Mijając zabudowania ginie w szarej ponurej, złowrogiej przestrzeni ciemnych chmur, które zdominowały ten obraz. Dodatkowym akcentem jest ostra pionowa szpara łamiącą całą kompozycję w pionie na wysokości ok. 2/3 podstawy. Płótno jest polifoniczne, składa się z dwóch kawałków, dopasowanych do siebie. Nadaje to kompozycji dodatkowej, dramatycznej wymowy. Jakkolwiek by było, należy mieć nadzieję, że obecność Chrystusa Króla jest opatrznościowa i wnosi nadzieję, w najbardziej nawet ponurą perspektywę nie tylko dla Lubuskiego, ale dla całej Polski.

To już kolejna moja recenzja z wystawy Krzysztofa Klimka, naprawdę podpasował mi ten artysta nie tylko jako malarz, ale jako wrażliwy człowiek. Mógłbym pisać cały czas o jego przepięknych szarych lub pstrokatych pejzażach. Dlatego cieszę się, że dotarłem na wernisaż do MAW. Przyznam, że frekwencja warszawska, była zawstydzająca, w Krakowie to nawet w garażu więcej osób widywałem. A już na pewno w byłym warsztacie samochodowym na Dietla. Przecież na tego malarza przychodzą tłumy. Pocieszające, że nie nudziłem się zupełnie, no i spotkałem też „Jadźkę” z Nowolipek. Po tylu latach. Pamiętam, jak poetycko siadała w pustym fotelu kinowym obok jasnego tarasu w swojej długiej, kwiecistej sukience. Kasztanowe, długie lśniące włosy, spływały jej miękko na ramiona, odsłaniając jedynie sznur korali i zamyślona, lekko mistyczną, sympatyczną buzię. Była naprawdę filmowa w tym swoim naturalnym image. Okazuje się, że cały czas maluje. Są jednak w tym mieście jeszcze jacyś dobrzy ludzie. Pocieszające.

Garaże i inne pejzaże zimowe. Obrazy Krzysztofa Klimka
Muzeum Archidiecezji Warszawskiej
ul. Dziekania 1

wystawa czynna do 5 marca.

niedziela, 25 grudnia 2022

Szkicownik głubczycki Zdzisława Wiatra


Lubię rysunek, doby szkic jest skondensowanym dziennikiem. W dawnych, wspaniałych artystycznie czasach, taka notatka prostym narzędziem była wstępem do najtrudniejszego nawet obrazu, musiała zawierać to, co najistotniejsze, decydujące, zapowiadać główny przekaz całego dzieła. I tylko najwięksi mistrzowie potrafili doskonale to robić. Oglądanie obrazów Zdzisława Wiatra, czarno-białych rysunków Szkicownika głubczyckiego nieodparcie nasuwa mi skojarzenia z lekturą sklepów Cynamonowych Brunona Schulza. Prowincjonalny świat, niedostępny dla ludzi pozbawionych wyobraźni, pełen skojarzeń i faktów decydujących o jego unikalnym kolorycie, w którym realnie odnajdujemy organoleptyczne wręcz powidoki świata umarłego, w którym proste rzeczy w swoim oczywistym pięknie dotykają samego serca. Nie narzucający się, skromny świat, który maluje tuszem Zdzisław Wiatr, istnieje, pozostał już tylko w jego duszy, zapisany tam na podobieństwo sennych wspomnień, głosów i uśmiechów ludzi, którzy są realni, bardzo sugestywni, tacy jak dziadek Antonii. Ludzi, których nie ma wśród nas, ale którzy niewątpliwie są dziś w tym drugim, wyższym porządku życia.

Miałem cztery może pięć lat. Kiedy z dziadkiem Antonim siedzieliśmy w kuchni przy wielkim stole, nad którym wisiała żarówka oprawiona w biały blaszany talerz. Stół był miejscem, przy którym koncentrowało się życie naszej rodziny. Przy stole jedliśmy, przy nim też moi rodzice toczyli długie rozmowy nocą i nad ranem, kiedy dziadek wracał z nocnego stróżowania. Mieliśmy jeszcze pokój, ale zimą kuchnia była miejscem najcieplejszym. W tych okolicznościach i atmosferze kuchennego ciepła dziadek Antoni przedstawiał nam świat w postaci rysowanych obrazków. Rysował z cyrkową ekwilibrystyką. Swobodnie. Patrzyłem zafascynowany. Napoleon miał wspaniałą półokrągłą czapę, stał na nogach, ale nie miał narysowanych butów, a rękę trzymał pod połą płaszcza, jak to Napoleon. Żyd w futrzanej czapie wyglądał tak samo, jak na przedwojennych zdjęciach ze Lwowa czy Kamionki Strumiłłowej. Zafascynowany umiejętnościami rysunkowymi dziadka sam zacząłem rysować moje historyjki i portrety. Wszystkie gromadziłem w szufladzie mojej szafki, by co jakiś czas do nich wracać i aby dołączać do nich nowe rysunki.

Porównanie do drohobyckiego świadka apokalipsy nie jest przypadkowe. Obaj twórcy mają wspólne korzenie, urodzili się niedaleko Lwowa na terenach dzisiejszej Ukrainy.

Moi rodzice ze strony ojca byli repatriantami z Kamionki Strumiłłowej, a ze strony mamy - nowosądeckimi Lachami z Gródka nad Dunajcem. W latach sześćdziesiątych naszymi sąsiadami byli ludzie, którzy w wyniku II wojny światowej zmuszeni byli opuścić Wilno, Grodno czy Zbaraż.

Bruno Schulz był wspaniałym pisarzem obdarzonym niezwykłą wyobraźnią plastyczną. Notował powidoki dzieciństwa, ze świata który fascynuje do dziś swoim nasyceniem, ekspresją, prostota. Świata małomiasteczkowych, żydowskich i kresowych społeczności. Odrobinę tego kosmosu odnajdziemy jeszcze w perłach polskiej kinematografii, filmach Jerzego Hasa, który jest następnym twórcą, bliskim wrażliwości Wiatra. Jest i trzeci. W swoim rustykalnym, arkadyjskim świecie, podszytym mrokiem cmentarzy, jest Wiatr kontynuatorem wizji Józefa Czechowicza, niezapomnianego obserwatora lubelskich przedmieść, skromnego świata mistycznego dostępnego na wyciągnięcie ręki. Ci mistrzowie realizmu magicznego są moim zdaniem w prostej linii protoplastami dojrzałej, autobiograficznej twórczości rysownika ze Śląska.

Szkicownik głubczycki powstał w czasie szalejącej pandemii. A rysowanie stało się ucieczką od nigdy niezrealizowanych rysunków. W Szkicowniku odnoszę się do obrazów widzialnych i znanych mieszkańcom miasta i ziemi Głubczyckiej. Jednak proponuję, mój sposób opowiadania i tworzenia napięcia, który jest wytworem mojego zapatrzenia się w niewidzialną energię miejsc.

Weźmy na ten przykład jeden z obrazów, statyczny i skromny pejzaż: Zimę w Głubczycach z 2022 r. Pozornie monochromatyczny z białą połacią śniegu na pierwszym planie, poprzedzającą grupę zabudowań o zdecydowanie ciemnej, lecz nie jednolitej bryle i fakturze. Tu najlepiej możemy dostrzec kunszt rysunkowy autora, który z ogromną swobodą różnicuje w ramach tej grupy różnorodne materiały, faktury, wręcz namacalną materialność zwykłych prowincjonalnych zabudowań. W ramach zacienionej bryły Wiatr różnicuje niezwykle malarskimi plamami wypukłość niewielkiej kamiennej rotundy, mrok miękkiej drewnianej ściany, innej od sąsiedniej murowanej, jako całość swym kształtem zamykają kompozycję do lewej krawędzi, dominując swą masą w całym przedstawieniu. Nie przeszkadza to zaistnieć jeszcze na trzecim planie pięknie oświetlonej bryle katedry głubczyckiej, wieżą kościoła Narodzenia Najświętszej Maryi Panny. Sztuka to kultura patrzenia, ile trzeba mieć w sobie spokoju i bystrości, żeby zawrzeć w tak lapidarnym obrazie tyle wrażeń, przekazów, treści. XII wieczna katedra gotycka jest tu niczym źródło artystycznego natchnienia, to w tej epoce Bóg wskazał ludziom jak wykorzystać Blask światła do ukazania piękna zawartego w najciemniejszych zakamarkach.

Dzisiaj wyraźnie uświadamiam sobie, że tamten głubczycki cały mój świat, ludzie oraz ich historie rozpalały moją wyobraźnię, oraz zdecydowanie zdeterminowały moje późniejsze wybory tematów, języka wypowiedzi artystycznej, a także decyzji dotyczącej dalszego kształcenia się. Tamten, mój mały głubczycki świat, z lasami, polami, rzeczkami, górami w oddali, był i jest nadal dla mnie niezwykle fascynujący. Bogactwo pejzażu, materii pól, zapachów, zwierząt i roślin stanowiło temat moich rysunków, pasteli oraz pierwszych linorytów drukowanych na wyżymaczce Frania.

Niezwykła kultura emanuje z obrazów Zdzisława Wiatra, widoczna jest m.in. w lapidarnym i szalenie ekspresyjnym warsztacie skromnego artysty. Jego ręka, którą notuje na białej karcie ślad najdrobniejszych zauroczeń i myśli, jest dziełem bez wątpienia boskim. Jak na rysunkach Rembrandta, Kulisiewicza czy innych doskonałych rysowników, kreska jest „żywa”, jakby postawiona dopiero co, pachnie jeszcze mokrym tuszem, ma swój nieprzewidywalny dukt, naturalny kształt wynikający z gestu stymulowanego przez oko i mózg reagujące natychmiast. Niby czarno-białe, są te obrazy wypełnione subtelnymi szarościami, kolorami starych firanek w oknach czy zbutwiałego drewna, złocistych powidoków na elewacji starej kamienicy. Tu nie ma przepalonych fotograficznie miejsc. Wszystko ma swoją temperaturę, szorstką lub miękką fakturę. Aż dziw bierze, ile można osiągnąć walorów, faktur, miękkości z jednego arkusza bieli. W takich chwilach widzimy, że żaden grunt, płótno, deska, nie dościgną nigdy bezmiaru efektów dostępnych w świecie rysunku na papierze. Tu każde wzruszenie, błysk w oku w ciągu nanosekundy objawia się intensywnym śladem na lekko stawiającej opór dziewiczej, czystej bieli, cudownej łące pełnej światła. W takich warunkach nie ma miejsca na udawanie, sztafaż. W tej przestrzeni każda myśl albo dotyka rzeczywistości, albo wyje sztucznością, nieporadnością, fałszem. Każda plama jest na miejscu lub staje się brudnym kleksem. I jeszcze dostrzec w tym wszystkim rymy, do najdelikatniejszych zjawisk, jakich nie brakuje w architekturze i pejzażu Głubczyckich przestrzeni. Do tego potrzeba talentu i wrażliwości, powinowactwa sięgającego poprzednich pokoleń, które budowały i tworzyły ten niezwykły klimat, który do dziś zachwyca pomimo swego surowego, prostego ubóstwa bogactwem smaków, zapachów i wspomnień, Cynamonowych Sklepów naszej ginącej kultury. Przeminie z Wiatrem ?

Oby nie.

Myślę, że tajemnicą mistrzostwa obecnego w twórczości Zdzisława Wiatra jest wierność i pokora dawnym mistrzom. Mistrzom, z których największy towarzyszy mu do urodzenia. Obraz Jezusa tzw. Mandylion jest z nim od dzieciństwa, przyjechał po wojnie ze Lwowa do Głubczyc. Najbardziej tajemniczy wizerunek w dziejach ludzkości - twarz Chrystusa odbita na chuście jest symbolem bliskim wszystkim malarzom, rysownikom. Znakiem danym przez Boga prawdziwym artystom



tekst: Marcin Kędzierski 2022

sobota, 2 lipca 2022

Pierwszy transport. Wojciech Korkuć w CSW Zamek Ujazdowski.


Dnia 14 czerwca 1940 roku hitlerowcy deportowali z więzienia w Tarnowie do nowo utworzonego niemieckiego obozu Auschwitz grupę 728 Polaków, głównie młodych ludzi - harcerzy, studentów, członków organizacji podziemnych, żołnierzy kampanii wrześniowej, którzy próbowali przedrzeć się na Węgry, do powstającej tam Armii Polskiej. Takich transportów było potem tysiące, ale właśnie ten jest tematem wystawy Wojciecha Korkucia, który niezmiennie jako jeden z nielicznych twórców i osób publicznych upomina się o prawdę historyczną. Robi to w trudnym czasie, bowiem choć Polska jako pierwsza postawiła tamę niemieckiej inwazji hitlerowskiej w połowie XX w., to dziś, po siedemdziesięciu przeszło latach staje się synonimem rozlanego przez Niemców zła, tych Niemców, którzy z zachodnimi elitami finansowymi przymierzają się do nowych przetasowań społecznych, do nowej rewolucji. To, że istnieją środowiska na świecie, którym zależy na dekonstrukcji Polski i innych niewygodnych państw narodowych jest  oczywiste i poniekąd wpisane w naszą historię, zasmuca natomiast fakt, że polskie elity “chowają głowy w piasek” i milczą, potwierdzając niejako kłamliwe często narracje, przejmując, jak się zdaje, fałszywą propagandę o rzekomych polskich obozach koncentracyjnych. Dziś Polak stał się sprawcą mordów drugiej wojny światowej, już nie Niemcy, nie Holendrzy (ci przecież tylko grali w orkiestrach wojskowych), nie Francuzi denuncjujący Żydów niemieckim okupantom ale my, jedyny w Europie kraj, który postawił się hitlerowskiej nawale i walczył do końca. Ta propaganda na ogromną skalę jest zaskakująco mocno finansowana, lansowanie tego typu kłamstw dobrze widziane, należycie honorowane w najważniejszych krajach, w najbardziej renomowanych instytucjach kultury, w publicznych mediach całego świata. 


Wobec tego konglomeratu biznesowo-politycznego staje dziś  mikroskopijny duet - Wojciech Korkuć i Pani Barbara Wojnarowska-Gautier - żyjący świadek niemieckiej zbrodni  w Auschwitz. To Oni, w dokumentalnej prezentacji stworzonej  na podstawie archiwalnych zdjęć obozowych Polaków z pierwszego transportu do Auschwitz, mówią nie!  Wystawa w CSW mieści się w średniej wielkości pomieszczeniu, bez okien. Dwie długie ściany boczne pokrywa czarno-biała galeria twarzy więźniów z tegoż transportu, już w obozowych drelichach, w charakterystycznych pozach, ustawionych do zdjęcia z niemiecką precyzją profilach, pół profilach i en face. Kim byli Ci ludzie? Czytam pobieżnie: Mieczysław Ciepły, uczeń Liceum Budowlanego, harcerz, aresztowany w trakcie zajęć szkolnych. Zagoniony do ciężkich robót w nieludzkich warunkach zmarł na serce. Z wnikliwego przestudiowania niemieckiej dokumentacji wyłania się profil grup stanowiących obiekt niemieckiej agresji w Polsce, zaraz po zajęciu naszych ziem: inteligencja, duchowieństwo, młodzież stanowiąca narybek przyszłej konspiracji. Zadziwia zapobiegliwość oprawców, którzy widzieli zagrożenie nawet w nieletnich, dzieciach. Takich jak mała Basia Gautier.

“Dzieci masowo umierały w obozie z głodu i różnych chorób. Codziennie widziałam małe trupki leżące wśród umarłych przy blokach, a spod ich ciał  uciekały gromady zżerających je szczurów” ( ze “Wspomnień Oświęcimskich” Antoniny Piątkowskiej). Dobry duch wystawy Barbara Wojnarowska-Gautier, depozytariuszka testamentu bohaterów pierwszego transportu i wszystkich innych Polaków wymordowanych przez Niemców w Auschwitz, wspomina te trudne dni z bólem. Jako małe dziecko, oderwane od rodziców, którzy pomagali Żydom w warszawskim Getcie, została zamknięta w tym obozie i poddana wszystkim barbarzyństwom. Tak wspomina swoje spotkanie z niemieckim pionierem eutanazji i depopulacji , lekarzem medycyny dr. Mengele: “Pewnego dnia głód zajrzał małej Basi głęboko w oczy, a dr Mengele podał jej jabłko, ciekawym okiem obserwując dziecko "podludzi" - Untermenschen, które ma jednak blond włosy i niebieskie oczy... i co najciekawsze nie lęka się go. Mała Basia o numerze 83638 w rewanżu, zamiast zjeść z wdzięcznością, rzuca nim o łeb psychopaty, człowieka zachodu, który spodziewał się od niej Bóg wie co”.*

 Niemiecki doktor medycyny, pan życia i śmierci, który osobiście brał udział w selekcji wysyłając do eksperymentów i na rozstrzelanie kolejne transporty więźniów, w obozowym szpitalu mordował głównie dzieci, eksperymentował, poddawał je okrutnym badaniom bez znieczulenia. Wykonywał amputacje, punkcje lędźwiowe, wstrzykiwał bakterie powodujące tyfus, umyślne zakażenie ran i inne. Mengele wielokrotnie rozkazywał przeprowadzenie całkowitej wymiany krwi między parami bliźniąt. W obozie miał dwie pracownie eksperymentalne oraz salę do przeprowadzania sekcji zwłok, ulokowaną w jednym z krematoriów. Opiekuńczy Anioł małej Basi - Antonina Piątkowska wspomina “zbrodnię” jakiej dopuściła się w obozie. Jeden z SS-manów dowiedział się, że Polka dokarmia żydowskie dzieci w obozie i zażądał od niej, by nigdy już więcej tego nie czyniła. Piątkowska mężnie odmówiła, ponieważ jako katoliczka zawsze nakarmi głodnego, niezależnie od narodowości. Wobec bestialskich aktów katowania Polaków - kobiet i mężczyzn w obozie taka odpowiedź graniczyła z samobójstwem. 

Swoją drogą, czy postawa oprawców czegoś państwu nie przypomina? Ta buta, pewność bycia elitą, rasą panów, przekonanie, że można a nawet trzeba zarządzać i używać ludzi podległych do własnych celów, dla dobra “nauki, dla postępu, a wszystko to w imię przyszłości. Lekarze, którzy eksperymentują na zdrowiu ludzi wbrew ich woli, na masową skalę, terroryzują tłumy siłą, strachem, przymusowym zamknięciem, zabiegiem medycznym, w końcu eliminacją. 27 stycznia 2020 r. dwa miesiące przed ogłoszeniem pandemii Covid 19, Marian Turski, były więzień  Auschwitz, historyk, podczas uroczystości  75. rocznicy wyzwolenia niemieckiego, nazistowskiego obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau powiedział :


“ – Auschwitz nie spadło z nieba – To się wydarzyło, to znaczy, że się może wydarzyć, to znaczy, że to się może wydarzyć wszędzie

– Nie bądźcie obojętni, jeżeli widzicie kłamstwa historyczne –”


Turski swój apel skierował do córki, wnuczki, do młodego pokolenia. Zanim trafił do obozu nie wyobrażał sobie czym jest wojna. Kojarzył ją z dawnymi dziejami, Rewolucją Francuską, I Wojną Światową, której pożoga jego nie dosięgła. Dziś, choć czas pokoju jest jeszcze dłuższy, to ponad 70 lat bez wojny w Europie brzmi jak sygnał alarmowy. 


Także do nich - młodych apeluje Wojciech Korkuć. Prezentację uzupełnia kilka kolorowych fotografii współcześnie ubranych chłopaków, w barwnych t-shirtach, współczesnych nakryciach głowy, w popkulturowych kreacjach znanych z warszawskiej ulicy. Mieszanina beztroski, żartu, lekkiej i bezpiecznej pretensjonalności dostrzegalna w drukowanych na ubraniach postmodernistycznych przekazach jest obrazem znanym nam wszystkim. To twarze bohaterów zdjęć, zaczerpnięte z tej ciemnej, strasznej historii, ubrane przez artystę w dzisiejszą codzienność nie przestają smutno i dumnie krzyczeć. Milczą protestem ludzi zabitych realnie i dziś zabijanych powtórnie w publicznej przestrzeni pamięci. Czy to Oni czy raczej nasze dzieci, które dopada właśnie klątwa depopulistów Billa Gatesa, Clausa Schwaba i jego doradcy Yuval Noah Harrariego?

“Ludzie to zwierzęta, które można znakować. Istnieje cała idea, że ludzie mają duszę lub ducha, mają niby wolną wolę i nikt nie wie, co się we mnie dzieje, kogo wybiorę w wyborach, czy co kupię w supermarkecie. Koniec z tym. Wszyscy wciąż wierzymy w ten mit o wolnej woli, że wszystko, co wybieramy, opiera się na wolnej woli. Jest to mit, który służył nam całkiem nieźle przez kilka stuleci, ale teraz staje się niebezpieczny. Wcześniej inwigilacja była ponad skórą, poza ciałem, a teraz jest pod skórą, w ciele” – powiedział Yuval Noah Harari w jednym z wywiadów internetowych. I być może są to tylko majaki zdeprawowanego pseudofilozofa, ale dlaczego  tak bardzo sugestywne? Tyle tych podobieństw i tropów, coraz więcej pojawia się odwołań z przeszłości. Doskonale zaobserwował je Wojciech Korkuć, który nie wchodząc w politykę i modne treści filozoficzne wyraził wprost co myśli o tamtym i tym pokoleniu.


Artyści nie muszą mieć wiedzy, mają za to czasem doskonałą intuicję.


Pierwszy Transport. Wojciech Korkuć CSW Zamek Ujazdowski 2022

Kurator: Daniel Echaust

Kustosz honorowy:

Barbara Wojnarowska-Gautier



Marcin Kędzierski





czwartek, 14 kwietnia 2022

Śmierć Jezusa


Mój umierający, Ukrzyżowany Jezu. Jesteś bliski wydania ostatniego tchnienia w Swoim ziemskim życiu. Twoje Najświętsze Człowieczeństwo już zesztywniało. Wydaje się, że Twoje Serce przestało już bić. Wraz z Marią z Magdaleną przywieram do Twoich stóp i gdyby to było możliwym, chciałbym oddać swoje życie, żeby przywrócić Twoje. Tymczasem, widzę, O Jezu, że ponownie otwierasz Swoje umierające oczy, i spoglądasz wokół z Krzyża, jak gdybyś chciał powiedzieć każdemu Swoje ostatnie do widzenia. Patrzysz na Swoją umierającą Mamę, która się już ani nie porusza, ani nie odzywa, tak wielkie są Jej cierpienia, i mówisz: „Do widzenia Mamo. Ja odchodzę, ale Ty pozostaniesz w Moim Sercu. Sprawuj pieczę nad moimi i Twoimi dziećmi”. Spoglądasz na szlochającą Magdalenę, na wiernego Jana i Swoim spojrzeniem mówisz do nich: „Żegnajcie !” Z miłością spoglądasz na swoich wrogów i mówisz do nich spojrzeniem: „Przebaczam wam i daję wam pocałunek pokoju”... Nic nie umknie Twojemu spojrzeniu. Ze wszystkimi się żegnasz i wszystkim przebaczasz. Potem, zbierasz wszystkie Swoje siły oraz mocnym i donośnym głosem wołasz:

„Ojcze, w Twoje ręce oddaję Ducha Mego”.

† I skłoniwszy głowę, oddajesz ducha.

Najświętsze stopy Mojego Jezusa, nie zostawcie mnie nigdy samej, pozwólcie mi zawsze biec razem z wami i nawet na krok się nie oddalała od was. Jezu, przez moją miłością do Ciebie i zadośćuczynienie pragnę wynagrodzić Ci cierpienia zadane Twoim Najświętszym Stopom. O mój Jezu Ukrzyżowany, uwielbiam Twoją drogocenną Krew. Całuję po kolei każdą z Twoich Ran, chcę zanurzyć w nich całą moją miłość, najserdeczniejsze uwielbienia, akty zadośćuczynienia. Niech Twoja Krew będzie dla wszystkich dusz światłem w ciemności, pociechą w cierpieniu, siłą w słabości, przebaczeniem w grzechu, pomocą w pokusach, obroną w niebezpieczeństwie, podporą w chwili śmierci i skrzydłami, które zaniosą je z tego świata do Nieba.

***
Na podstawie
24 godzin Męki Naszego Pana Jezusa Chrystusa Luizy Piccarrety

Luiza Piccarreta – włoska tercjarka dominikańska, jedna z największych mistyczek XX wieku, Służebnica Boża Kościoła katolickiego. W wieku 12 lat zaczęła słyszeć głos Jezusa. Od tamtej chwili aż po dzień swej śmierci przeżywała w swej duszy i w ciele Mękę Chrystusa. W wieku 16 lat Luiza otrzymała w widzeniu od Jezusa cierpienia korony cierniowej i od tamtej pory do końca życia poza Eucharystią nie przyjmowała innych pokarmów. Zmarła w wieku 81 lat, jej proces beatyfikacyjny trwa.

sobota, 12 marca 2022

Moc Modlitwy



Chłopak zamyka w objęciach dziewczynę, splecione palce nie chcą się rozluźnić, ona zaciska powieki, jakby próbowała powstrzymać łzy. Twarz dotyka twarzy. Zapamiętać - zapach, miękkość jej policzków i szorstkość jego skóry, rytm oddechów. Zwykła, zdawałoby się, scena pożegnania, ale flaga na rękawie wojskowej kurtki przenosi nas w realny dramat tych dwojga, bezsilność, trwogę i niepewność… To nasz świat, to nasz strach, to zło, które dławi.

Boję się.

"Czujemy wasze modlitewne wsparcie. Czasami dzieje się coś naprawdę niezrozumiałego, tak jakby czyjaś niewidzialna ręka kierowała kulami i pociskami, które przelatują obok nas. Z bardzo trudnych sytuacji wychodzimy zwycięsko, jakby ktoś nam towarzyszył. Stajemy się niewidzialni dla wroga, widzimy nawet w ciemności, wiemy co i jak robić. To nas pobudza i dodaje sił.  Wierzymy, że sam Pan Jezus jest za Ukrainą. Prosimy, abyście nie przestawali, wspierali nas i nadal się modlili. Naprawdę was potrzebujemy!"

Ojciec Jakub Gonciarz zacytował powyższy fragment wpisu umieszczonego przez ukraińskiego żołnierza na czacie parafii Bożego Miłosierdzia w Kijowie 28 lutego *

Ta wojna, podobnie jak potencjalny konflikt w naszym kraju i wielu innych miejscach globu stawia małego, słabego przeciwnika wobec niewspółmiernych, przytłaczających sił agresora, jego okrucieństwa i przemocy.

Ksiądz Dominik Chmielewski zauważa, że Izraelici - naród wybrany, miał w swojej historii tylko jeden cel, wejść z kimś w sojusz geopolityczny, by przetrwać. A Bóg działał cuda, przekonywał, wołał do nich nieustannie przez swoich proroków: wejdźcie w przymierze ze mną, zaufajcie mi a ja was ocalę i umocnię.

I oto Izraelici - maleńkie państewko zostali powołani przez Boga do walki z Amalekitami - postrachem ówczesnego świata, potomkami olbrzymów, którzy zdemonizowali rasę ludzką przed potopem.

Dopóki ramiona Mojżesza wzniesione były w modlitwie, dopóty wróg ponosił klęskę. Walka i modlitwa trwały aż do zachodu słońca. Bóg doprowadził do porażki Amalekitów a zwycięstwa Izraelitów. Potem naród wybrany odwrócił się od Niego i na własną zgubę wybrał królowanie człowieka. 

To ten moment w historii świata, w historii Polski, że człowiek sam nie wystarczy. Potrzeba interwencji naszego Ojca.

Tylko Bóg, tylko modlitwa.




* za postem O. Krzysztofa Pałysa na fb

opracowanie:
Marcin Kędzierski
Joanna Jaczewska Sharma

sobota, 5 lutego 2022

Jarosław Marek Rymkiewicz 1935-2022

 

    Romantyzm polski wywodził się ze wsi. Wreszcie nie przypadkiem akcja największego dzieła tej epoki rozgrywa się we dworze, co był z drzewa, lecz podmurowany. Był to romantyzm wiejski. Wszyscy romantycy — myślę o Wielkich Duchach tej epoki- urodzili się lub wychowali na wsi albo we dworkach, co stały gdzieś przy bocznej ulicy małego miasteczka. Łby koni nad workami z owsem, żydowski rwetes na rynku, błoto. Jakież to swojskie. Gdzie nam tam do parowych machin, gazowych latarni. Krasiński. Tak on był człowiekiem miasta i dlatego wiedział, gdy inni jeszcze nie wiedzieli. Może jeszcze Mochnacki był człowiekiem miasta, był duchem urbalnym, ale przecież i on wychował się na wsi. Tęsknota za utraconą ojczyzną łączyła się więc -i musiała się łączyć- za utraconym dworem, lasem, skowronkiem. Była to tęsknota za tym, co łatwe do pojęcia, co się pojmuje podświadomie, wcale o tym nie myśląc. To w czym przyszło im żyć, gdy znaleźli się poza granicami Cesarstwa, wcale takie łatwe do pojęcia nie było. Szczególnie że było obce. Tęsknota była więc pierwszą i na pewno najważniejszą przyczyną, która spowodowała, że podziw dla machiny i wolności, dla tych wszystkich bogactw, w które obfitowała Europa, zaczął słabnąć. Wstali z kolan, kiedy tęsknota powiedziała im, że tylko tamto było ich, a to nie jest ich. Naprawdę wolni byli przecież tam, w tym, co pojmowali. Choć kraj nie był wolny, mieli, żyjąc w nim, władzę nad tym wszystkim, co było dane im od dzieciństwa, oczywiste, zrozumiałe: nad krajobrazami z dworem i skowronkiem. W tym sensie byli wolni, żyjący w zniewolonym kraju, a stali się niewolnikami, kiedy przyszło im żyć w wolnych krajach: bo co nie jest nasze, oswojone, to jest niepojęte, a niepojęte osacza nas i bierze we władanie. (...)

    Byli nędzarzami wśród bogaczy, wieśniakami wśród mieszczan, niewolnikami wśród wolnych. Byli, co więcej, żebrakami czekającymi na jałmużnę, której politycy europejscy nie zamierzali im ofiarować. Oczywiście dobrze sobie zdawali sprawę z tej sytuacji. (...) Kiedy minął zachwyt i spojrzeli trzeźwym okiem na to, co ich początkowo tak zachwyciło, dostrzegli po prostu to, czego uprzednio nie dostrzegali: nędzę, głód, wyzysk, upadek obyczajów, a więc wszystkie skutki Wielkiej Rewolucji Francuskiej. To po pierwsze. A po drugie, to duch romantyczny kazał im spojrzeć na cywilizację jako na dzieło wszechobecnego diabła. Nie tylko przecież polscy romantycy wybuchali gniewem, mówiąc o wielkich miastach Europy. To było dość powszechne. Nie będziemy jednak tych kwestii rozważać, bo myślę, że przyczyną pierwszą i najważniejszą była tu jednak sytuacja emigrantów. A poza tym trzeba jak najszybciej przedstawić tę wspaniałą wizję: cywilizacji europejskiej jako piekielnej czeluści...

Jarosław Marek Rymkiewicz , Juliusz Słowacki pyta o godzinę.

Polecamy ...

Z głową w chmurach

Był ubrany w swe wojskowe angielskie ubranie, zapięte agrafką pod szyją, ułożony starannie, uczesany, nawet kanty spodni były wyrównane. ...