niedziela, 31 maja 2020

Deus Vult


Uczniowie.
Ta chwila Przed. Oczekiwanie. Prawdziwe Życie dopiero się zaczyna.
Albo i nie.
Wtedy, tuż po Poranku, siedzą te lebiegi, melepety, spietrane. Na rozum to niby już wiedzą.
Że zmartwychwstał samowładnie. Ale uszy po sobie. Siedzą i udają że ich nie ma. Drzwi
zatrzaśnięte z obawy. Serca zatrzaśnięte. Raczej nie patrzą sobie w oczy. Każdy mówił, że
nie opuści, a – wiadomo.
… Po pięćdziesięciu dniach „znajdowali się wszyscy razem na tym samym miejscu”. Cóż za
impet! Jakaż odwaga. Rozmach apostolski powalający. Krótko mówiąc, wszystko wskazuje,
że nic z tego nie będzie.
I wtedy „nagle dał się słyszeć z nieba szum”.
KLIK.
Świat przeskakuje na inny tor. Wszystko się zaczyna.

Skąd wiadomo, że Zesłanie musiało nastąpić?

Bo – chwilę po tym wystąpił Kefas – w końcu przestał się bać i pojął wszystko – i walnął taką
mowę, że nawróciło się trzy tysiące ludzi. Jednego dnia.
Bo – bez tego turbodoładowania nie z tego świata operacja „misje do pogan” tak po ludzku
nie miała prawa się powieść. Logistycznie niemożliwe – w takim trybie i przedziale czasu. I
merytorycznie – paru prostaczków z Galilei i okolic, okej, nawet ze wsparciem byłego
wyszczekanego faryzeusza – nagle staje się na tyle wymownymi, że przegadują cyniczny,
sofistyczny, pewny swego, retorycznie wykwintny antyk? No proszę.
Bo – męczeństwo pierwszych posłanych. Czy wręcz chętna zgoda na nie. Musieli Coś
Ważnego wyryte mieć w sercach, być „ponad to”, ponad swoją niemoc i strach, coś więcej
mieć w głowach niż tylko „panie dziejku, tu mamy ogólne zręby Nowej Doktryny, grupa
docelowa... pozycjonowanie marki...”. Za kampanię reklamową nie oddaje się życia.
Bo zmienił się świat. Na amen.
Last not least – bo bez tego nie byłoby gotyckich łuków, chorału, magistra Leoninusa,
‘Pange, lingua, gloriosi’, Palestriny, Bacha, Giotta, Caravaggia oraz G.K. Chestertona i
pewnej piosenki Nicka Cave’a.
A to zaprawdę trudno sobie wyobrazić.

Duch tchnie kędy chce. Od Zarania, gdy już ulepieni z prochu i gliny czekaliśmy na tchnienie
życia. Potrzebujemy Go zawsze i wciąż. Inaczej z nas tylko puste powłoki dryfujące przez
czas. Cymbały brzmiące, i to w dodatku głucho. Melepety zestrachane.



Zatem zstępuj Duchu Święty, szczęśliwie demoluj nam życie.
„Boć bez twojej dzielności/ Nic w ludzkiej nikczemności/ Nie masz nic porządnego”
Amen.

Tekst: Tomasz Titkow

poniedziałek, 18 maja 2020

Na Gigancie


WINIEN/MA

Nie wiem czy jestem „z pokolenia JP II”. Nie wiem czy coś takiego w ogóle istnieje. Chyba był to tylko medialny humbug. Poza tym nie lubię „gromadnych” etykietek. Mogę mówić tylko za siebie.

Jan Paweł II wtargnął w moje życie. Zdemolował je.

Zanim powiem jak, o tym życiu muszę chwilkę.
Zostałem ochrzczony. I tyle. W domu nikt nie chodził do kościoła. Nawet „ze święconką”. Jedynie babcia słuchała w niedzielne poranki mszy przez radio. Nie chodziłem na religię. Nic. O dziwo, chyba nigdy nie uważałem się za ateistę. Ale z całą pewnością nie byłem „wierzącym”. To nie była letniość nawet. To było bycie kompletnie „obok”.

Koniec podstawówki, kolega w oazowym wzmożeniu (Michał, czytasz?) podarował mi Pismo Święte. Czytywałem sobie. Głównie Pieśń nad Pieśniami i Kazanie na Górze. To pierwsze, bo miłosne, że oj rany, a drugie – jakoś czułem, że to fundamenty, tak, to docierało do łba, te nakazy, że ważne, że szanuję. Nic więcej.

Kurtyna zapada. Na 21 lat.

Przychodzi przełom marca i kwietnia 2005 roku. Wszyscy pamiętamy, nie będę powtarzał. No dobra, trochę jednak muszę. Bo to był absolutnie kozacki numer. „Medialny papież” zrobił, szelma, zbożny show. Gdy tak umierał „nie na próbę”. Bezwstydnie, na oczach mediów. Zmusił galopujący głupi świat do wejrzenia w śmierć i otchłań. I – w to co poza nimi. I świat zatrzymał się. Ucichł. A papież, stopniując napięcie do finalnej perypetii, gasł.

Dziwne odczucie, wtedy, zaskoczenie, że tak się tym przejmuję. No by niby przecież ani ja „jego” byłem ani on „mój”. Ale swoją drogą, jak to, tak sobie teraz umrze? Jak to możliwe.  Przecież był, gdzieś tam, od zawsze i „na zawsze”. Co teraz? Co dalej?
Nagle okazało się, że nie zdając sobie z tego sprawy, cały czas staliśmy na ramionach giganta. Który teraz uchodził ze świata. Opoka wysuwała się spod nóg. A ja, ku swojemu zdziwieniu, zawisałem w pustce.

A potem ten wiatr (taa, jasne) który swawolił na kartkach leżącego na trumnie Ewangeliarza i kardynałom nakrycia głowy zwiewał. Znaki? Nevermind. Pochowali naszego papę.
Ale zacząłem mieć dziwne poczucie, że to nie on, a ja jestem w grobie. I że „coś trzeba zrobić”. Koniecznie. Ale co. Jak.
To były jakieś mentalne ruchy Browna, maligna, po omacku szukanie, rozpoznawanie przez zwierciadło nie dość że ciemne, to jeszcze na kawałki rozpadłe. Nie „z głowy” to było, nie „na skutek przemyśleń”. Z bebechów bardziej. Bez-wiednie. Ale Paraklet, choć wtedy oczywiście całkowicie nierozpoznany, już swoje robił. Na konkrecie.

„Może yy… powinniśmy ochrzcić dzieci?” – taka nagła nasza (?) konstatacja. Teściowa ma dojścia. Parafia (nie nasza) na Woli. Może po znajomości da się załatwić. Takie było nasze kombinowanie.

Mogliśmy trafić na księdza-olewusa. Albo służbistę.

Trafiliśmy na apostoła.

Potraktował nas słusznie, czyli z dystansem, na krawędzi obcesowości. „Ale po co Wam chrzest dzieci?” Dla papierka?” My, że ehm, no żeby dzieci, no ee, nie zostały yyy… potępione. Ksiądz Mirek wzruszył ramionami. Myślicie że, Pan Bóg nie poradzi sobie ze zbawieniem nieochrzczonych dzieci? Jakby co?

Czemu Wy tego chcecie?

Zmusił nas do tego by wyartykułować pragnienie. Wypowiedzieć, próbować, nieskładnie jak tylko się da, o co naprawdę chodzi.  Z czym przychodzimy. A prawda była taka, że byliśmy zagubionymi owcami, bez Pasterza. Tak w skrócie. No więc, co mamy zrobić?
Wpadnijcie za dwa dni, rzucił ksiądz Mirek.

I się zaczęło.
Lato – jesień: nauki.  Początek sierpnia 2005 – dzieci ochrzczone.
Październik. Wieczór. Pusty kościół św. Wawrzyńca (ten od Sowińskiego w okopach). Moja pierwsza w życiu spowiedź. Życia spowiedź.
Pierwsza Komunia, w wieku 36 lat. Podchodzę. Nie wiem czy się nie wygłupiam. Czy jestem godzien. I nagle. BIG BANG w głowie. W ciszy. Poczucie fizycznej (fizyczne poczucie?) Obecności. Bóg JEST w kościele. W tym konkretnym, tu, teraz.
Ach. Więc to tak.
Wszystko wskakuje na właściwe miejsce.  
Ślub, 15 października 2005.
Wciąż nie do końca rozumieliśmy, co się wokół nas dzieje. Ale – się działo.

Niemal cały „pakiet” sakramentów. Ledwie w pół roku.

Szybko poszło.

Ujmując sprawę w kategoriach praktycznych, czysto księgowych, „winien” i „ma”, jakby nie przymierzać, wychodzi tak:
Następca Świętego Piotra, Karol Wojtyła, Jan Paweł II, Vicarius Christi – musiał umrzeć .
Żebym się nawrócił.

„Za wielką bowiem cenę zostaliście nabyci”.

Amen, amen.

Tomasz Titkow

***



RABBUNI

A jednak muszę cofnąć się do Wielkiego Piątku.

10 kwietnia 2020. Cały dzień jest mi zimno. Liturgia Męki  Pańskiej odbywa się bez udziału wiernych. Włożyłam tę wyjątkową sukienkę.  Słuchawki przypięłam do komputera. Jestem gotowa. W ciszy zupełnej rozpoczyna się Liturgia. Wniesiono Króla Ukrzyżowanego.  Zsuwam się z krzesła na kolana a krótki kabel wymusza głębokie pochylenie. Jesteś!
Po Modlitwie Eucharystycznej Adoracja - „Creeping to the Cross” – pełznąc ku Krzyżowi. Nie ma mnie tam, w kościele, przy Jezusie, u Stóp. Nie mogę Go dotknąć.  O „drzewo przenajszlachetniejsze(...) jedno, na którym sam Bóg jest”. Księża koncelebrujący podchodzą procesyjnie do Chrystusa Wywyższonego na Krzyżu. Powoli zbliżają się i pochyleniem  oddają hołd. 

Nikt Go nie ucałował. Strach silniejszy od miłości.

I oto ostatni podszedł kapłan wsparty na kulach. Odłożył jedną z nich, potem drugą i opadł na Krzyż, przylgnął obejmując  ramionami  Jezusa. Przytulił się do Niego, a zarazem wziął Jego w objęcia.

Nagle przypomina mi się pewne zdjęcie.
25 marca 2005 – Wielki Piątek. Pierwszy raz od początku pontyfikatu Papież nie uczestniczy w Drodze Krzyżowej w Koloseum. Jest zbyt słaby. Prosi o przyniesienie mu Krucyfiksu i od razu przytula się do Niego.

O tym właśnie chciałam napisać.
Jan Paweł II pokazał mi jak się nie bać, jak wchodzić w cierpienie, smutek, rozpacz, brak nadziei.

Pomimo strachu.

Miłość mi wszystko wyjaśniła, Miłość mi wszystko rozwiązała...

Joanna Jaczewska-Sharma

***


PATRON


16 października 1978, wtedy się to się zaczęło. Pierwszy dowiedział się ojciec, słuchając radia przy goleniu w łazience. Pobiegł obudzić mamę, która pierwszy raz nie była z tego powodu zła. Marcinku, słyszałeś … Polak jest papieżem ! Przebudzony uśmiechnąłem się podobno i przykryłem cały kołdrą, kontynuując drzemkę. Wojtyła ? Nikt nie znał tego nazwiska.
9 czerwca 1979 r. Pierwsza wizyta Papieża Polaka w kraju. Tłum na Placu Zwycięstwa wylewa się po horyzont. Prawdopodobnie byłem tam, ale gdzieś daleko z tyłu, pod drzewem w Parku Saskim. Jedno raczej pewne, niewiele zrozumiałem i nic nie zapamiętałem. Tylko ten tłum, wszędzie gdzie okiem sięgnąć tysiące odświętnie i jasno ubranych ludzi.
Początek lat 80 tych. Moje bierzmowanie, wybrałem sobie podwójne imię Jan Paweł. To z powodu „Czwórki z Liverpoolu” a właściwie dwójki liderów. Jan Paweł 2 miał być tu w razie czego kamuflażem „sprytnej intrygi”. Jakże byłem niedojrzały i naiwny. Kamuflaż owszem, ale to dla mnie. Potrzebowałem Takiego patrona, a nie miałem o tym pojęcia.
24 marca 2019. Poranek. Ledwie przebudzony w słonecznym blasku rozpoznaje na jasnej ścianie ciepłą rumianą twarz. To On, zjawił się nieoczekiwanie w tym świetlanym seansie.
Teraz już rozpoznaję, to okładka książki „Przekroczyć próg nadziei ”, którą wczoraj wieczorem miałem sobie poczytać przed snem, lecz nie zdążyłem nawet zajrzeć. Zwykle czytam świeckie pozycje, ale z uwagi na Ten dzień sięgnąłem po coś innego. Otwieram na chybił trafił…
Modlitwę zawsze zaczynamy z myślą, że to jest nasza inicjatywa. Tymczasem jest to zawsze Boża inicjatywa w nas. Dokładnie tak, jak pisze św. Paweł „Duch przychodzi z pomocą naszej słabości. Gdy bowiem nie umiemy się modlić tak, jak trzeba, sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami”  Rz (8,26).
Zamykam i już wiem wszystko. Mój Patron po raz pierwszy przemówił osobiście do mnie. Zrobił to w dniu mojego Zawierzenia Jezusowi przez Ręce Maryi. Potwierdzał, że moje modlitwy z ostatnich miesięcy były nie tylko wysłuchane, ale wręcz inicjowane z Góry. Tylko nie proście, nie powiem za nic w świecie, czego dotyczyły. Oko by wam zbielało, a ucho wywróciło się na druga stronę. No cud.
Marcin Kędzierski
***
Z okazji 100 rocznicy urodzin Jana Pawła II


czwartek, 9 kwietnia 2020

Zaraza


Święty Boże, Święty mocny,
Święty a Nieśmiertelny
Zmiłuj się nad nami…

Od powietrza, głodu, ognia i wojny
Wybaw nas Panie!

Od nagłej i niespodzianej śmierci
Zachowaj nas Panie!

My grzeszni Ciebie Boga prosimy
Wysłuchaj nas Panie!

***

Pusty kościół.
Wielki Post.
Wejście do Domu Bożego, zbliżenie się do Krzyża jako niemal akt niesubordynacji.
„Do 5 osób na mszy”. A najlepiej pozamykać. Tako rzecze świat.
I przekonuje, że to dla naszego dobra.
Ale to tylko zgiełk.
Zostawić to.
Wejść w ciszę.

Pusty kościół.

Zaraza.
Dlaczego.

Jeszcze chwilę temu. W naszych sytych miastach supermarket Boży. Corpus Christi instant, zawsze pod ręką. I jak kto lubi. Smakowanie, wybrzydzanie. Tu mi ksiądz nie pasuje. W środowiskach twórczych Tridentina, byłeś? W św. Kazimierzu proboszcz daje czadu, wpadnij. A jak Wigilia Paschalna to tylko u dominikanów. Nie, bo u kapucynów. Ja od Pawła. Ja od Apollona. Chorągwie nasze egotyczne. Zabawy w chrześcijaństwo.

I przychodzi Plaga.

„Pamiętaj na wszystkie drogi, którymi cię prowadził Pan (…), aby cię utrapić, wypróbować i poznać, co jest w twym sercu; czy strzeżesz Jego nakazu, czy też nie. Utrapił cię, dał ci odczuć głód, żywił cię manną, której nie znałeś ani ty, ani twoi przodkowie, bo chciał ci dać poznać, że nie samym tylko chlebem żyje człowiek, ale człowiek żyje wszystkim, co pochodzi z ust Pana” (Pwt 8,2-3)

Utrapił cię, by poznać co jest w twoim sercu. Dał ci odczuć głód.


Pusty kościół. Wielki Post.

Być może po to ta plaga. Te wszystkie „pandemiczne ograniczenia” znerwicowanego świata, który w nic nie wierzy.
Te zatrzaśnięte świątynie.
Odmówienie nam Oblubieńca.
Po to.
Byśmy jeszcze bardziej łaknęli. Wszystkiego co wychodzi z ust Bożych.
Abyśmy byli głodni.
Głodni jak nigdy. Jego Ciała. Krwi.
Żebyśmy umarli z tęsknoty.
I wydobyli się z grobu.

Już czas.

***

Tekst
Tomasz Titkow



poniedziałek, 24 lutego 2020

Nie



67 lat temu komuniści zamordowali gen. Augusta Emila Fieldorfa "Nila". Miało to miejsce 24 lutego 1953 r. w więzieniu przy Rakowieckiej w Warszawie. Do historii przeszedł jako generał „Nil”, dowódca Kedywu Komendy Głównej AK i organizacji „Nie” walczącej z sowiecką okupacją Polski, którą w obliczu zbliżającej się do granic II RP Armii Czerwonej pułkownik Fieldorf stworzył na polecenie dowódcy Armii Krajowej gen.Tadeusza Komorowskiego „Bora”

Wyrok śmierci został wykonany na podstawie sfabrykowanego oskarżenia, Po czterech latach zostało ono umorzone z powodu braku dowodów winy.Generała powieszono, znęcano się nad nim jeszcze wcześniej, dlatego że chciano go upokorzyć, chciano, żeby wysłuchał wyroku na kolanach. Opierał się, to go skatowano, połamano mu kości i powieszono zwłoki. Generał został pozbawiony praw publicznych i w związku z tym nie wydano zwłok rodzinie i nie ujawniono miejsca pochowania. Prawdopodobnie znajdują się one w zbiorowej mogile w Kwaterze „Ł” na warszawskich Powązkach Wojskowych (tzw. Łączce). W tym samym miejscu miał zostać pochowany m.in. rtm Witold Pilecki, a już wiadomo, że spoczywały tam szczątki m.in. mjr Zygmunta Szendzielarza Łupaszki i mjr Hieronima Dekutowskiego Zapory, a także ponad 300 innych ofiar komunistycznych mordów.
Tak ostatnie chwile generała opisuje komunistyczny prokurator Witold Gatner w zeznaniach składanych w 1992 r.: „Byłem zdenerwowany, napięty. Czułem, że trzęsą mi się nogi. Skazany patrzył mi cały czas w oczy. Stał wyprostowany. Nikt go nie podtrzymywał. Po odczytaniu dokumentów zapytałem skazanego, czy ma jakieś życzenie. Na to odpowiedział: Proszę powiadomić rodzinę. Oświadczyłem, że rodzina będzie powiadomiona. Zapytałem ponownie, czy jeszcze ma jakieś życzenia. Odpowiedział, że nie. ”

„ Wiesz dlaczego mnie skazali? Bo odmówiłem współpracy z nimi. Pamiętaj, abyś nie prosiła ich o łaskę. Zabraniam tego ” mówił żonie gen. August Emil Fieldorf zabraniając rodzinie składania prośby o ułaskawienie.

Obraz z cyku Bohaterowie zbiorowej wyobraźni współczesnej Polski w 100 lat po odzyskaniu niepodległości, namalowany w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego na rok 2019.



poniedziałek, 6 stycznia 2020

Okno na Wschód


„Powstań, świeć, Jeruzalem, bo przyszło twe światło
i chwała Pana rozbłyska nad tobą.
Bo oto ciemność okrywa ziemię
i gęsty mrok spowija ludy,
a ponad tobą jaśnieje Pan
i Jego chwała jawi się nad tobą.
I pójdą narody do twojego światła,
królowie do blasku twojego wschodu.(...)”
Iz, 60.1-3

„(...)przez objawienie oznajmiona mi została ta tajemnica. Nie była ona oznajmiona synom ludzkim w poprzednich pokoleniach, tak jak teraz została objawiona przez Ducha świętym Jego apostołom i prorokom, to znaczy że poganie już są współdziedzicami i współczłonkami Ciała, i współuczestnikami obietnicy w Chrystusie Jezusie przez Ewangelię”
Ef, 3a, 5-6.

W małym  pokoiku schroniska zgromadziło się kilka osób. Michał, twarzą zwrócony ku oknu na wschód, zanurzony w odbitym od srebrnej brody Elbrusa świetle świtu, stał trzymając we wzniesionych dłoniach kielich.  Tuż za nim klęczeli w ciszy pozostali.

„Bierzcie i pijcie z niego wszyscy, to jest bowiem kielich krwi mojej, nowego i wiecznego przymierza, która za was i za wielu będzie wylana na odpuszczenie grzechów”.


Sprawowanie Najświętszej Ofiary w nadzwyczajnym rycie rzymskim, z kapłanem – w „zastępstwie” Jezusa Chrystusa, oraz zgromadzonymi wiernymi zwróconymi w kierunku Wschodu (ad orientem) ma głęboki duchowy i teologiczny sens. Jesteśmy przecież „wybranym plemieniem, królewskim kapłaństwem, świętym narodem, ludem [Bogu] na własność przeznaczonym”, a zatem jako wspólnota modlimy się i spotykamy z żywym Bogiem podczas Eucharystii. W tym przypadku kapłan w istocie nie stoi tyłem do zgromadzonych, ale będąc jednym z nich, razem z nimi woła do Ojca.Przy czym, jak zaznacza papież Benedykt XVI, idzie o to, by rozróżnić miejsce sprawowania Mszy Świętej – podczas której jako lud Boży składamy Ofiarę z celebransem Temu Samemu Stwórcy, oraz miejsce głoszenia Słowa, kazania, homilii. W starych świątyniach, których konstrukcja jest odzwierciedleniem idei Kościoła – nas – Mistycznego Ciała Jezusa Chrystusa, możemy to zobaczyć. Ołtarz, na którym dokonuje się Przeistoczenie, wypowiadana Modlitwa Eucharystyczna, znajdujący się w Prezbiterium oraz ambona, gdzie kapłan, twarzą zwrócony w stronę zgromadzonych, głosił naukę, umieszczana na podwyższeniu, niegdyś poza apsydą, z boku.
Natomiast bez względu na sposób zorientowania w przestrzeni zgromadzonych, bez względu na świętość kapłana, czy jej brak,  Najświętsza Ofiara Jezusa Chrystusa dokonuje się za każdym razem. Jego Miłość realnie nas zbawia i odkupuje.

Mnie to wystarcza. Bóg jest dobry.

tekst
Joanna Jaczewska Sharma


niedziela, 8 grudnia 2019

Moja Ojczyzna Krzysztofa Klimka


Czasem miasto spowija głowę dusznym, szarym zawojem, odcina zmysły i najprostsze emocje jak silny psychotrop. Pacyfikuje i wyjaławia. Na takie dni Krzysiek przygotowuje dziewiczy blejtram. Zrywa się bardzo wcześnie, upycha w plecaku pędzle i farby i nie dojadając śniadania wybiega z domu. Ucieka z martwoty, banalnych, jaskrawych błysków i otępiającego szumu w góry. Tam przeciera okulary i po prostu oddycha. Wybielone doliny, metafizyczny niemal zarys gór, żywe i ciepłe kolory domów - jego Ojczyzna. Dom. Życie. Prawda.


Ojczyzna, Lubomierz, panorama z Cyrkowej góry. Tryptyk. Początkowo odbierałem je jako oddzielne sceny. Przepiękne fragmenty Gorców, niezależne, samodzielne kompozycje malarskie. Dopiero przy bliższej obserwacji, kiedy chciałem dokonać wyboru, drugiej już selekcji, który z nich wybrać ostatecznie do tekstu, zaskoczony zorientowałem się, że stanowią jedno. Każdy w swej poszczególności był dziełem skończonym, drobiazgowo i całościowo zakomponowanym, bez odpuszczenia. Pełnym. A mimo to dopiero po połączeniu ich w programie graficznym zobaczyłem, że nie, że są tylko składowymi, że świat jest jeszcze ciekawiej skonstruowany, ma więcej planów, skal i przestrzeni, że pomimo szarości dnia i monotonnej wydawałoby się architektury domków, wśród gór przestrzeń zdaje się żyć, zaskakiwać i wzruszać. Niby szary, ale ile tego. Cały ocean, skala szarości zachwyca kolorytem. Przeróżne błękity, żółcie, delikatne zielenie, umbry, znalazłby się też Yellow Bahama. Las możliwości. Głębia mglistych czerni, zawarta w zagajnikach na drugim i bocznych planach zdumiewa spokojem i realizmem Cisza. Nikt nie ośmieli się nawet krzyknąć. Nie dałby rady. Cisza ma skalę niepojętą, Tak jak śnieżna biel otula wszystko. Panuje. Pagórkowate przestrzeń zbudowana logicznie i nieprzewidywanie pobudza wyobraźnię do większych wysiłków niż przeciętny obraz abstrakcyjny. Realne problemy plastyczne okazują się wzruszające, nie trzeba się denerwować, Tu nic nie jest „dziwne”. Pan Bóg tak to pięknie stworzył, że dla każdego starczy, Nie trzeba się spinać. I tak nie zrozumiemy. Patrzeć i podziwiać. Klimek umie to jeszcze przekazać. Wystarczy otworzyć oczy.  Aż się chce Boga chwalić za ten świat cudny.

Panie Boże, coś pięknego, prawda?

Szafka w kuchni mojej mamy.

Otwieram tę szafkę w kuchni i jakbym zajrzał do albumu rodzinnego. Każda półka to karta ze zdjęciem. Utrwalone według niezrozumiałego klucza wspomnienia, twarze, sytuacje i wnętrza. Z pomarańczowego termosu mama nalewała gorącą, słodką herbatę z cukrem i cytryną. Ogrzewaliśmy o kubki zgrabiałe dłonie, siedząc na sankach w spodniach przemoczonych do majtek. Papierowa torba kryła zbierane u dziadków suszone grzyby na Wigilię. Miały tam sucho i przewiewnie. Czasem mama wysyłała mnie do warzywniaka. Pani Irenka zanurzała drewniane szczypce, lub wielki widelec w mętnej nicości i zręcznie wydobywała kiszone ogórki, kapustę. Po lewej od wejścia, w szklanej gablotce stały ciepłe lody w wafelkach. Wszystko pakowała do szarej torby... Miski to Święta: Boże Narodzenie i Wielkanoc. Urodziny taty i imieniny mamy. W tej żłobkowanej, maślano-żółtej  rosło przykryte ściereczką ciasto drożdżowe na babki z rodzynkami albo makowiec. Granatową, z żaroodpornego szkła przywiozła  ciocia z Niemiec. Wykwintna i pachnąca luksusowo. Ciocia,nie miska. Wyspecjalizowane, lśniące stalowo garnki i rondle. Ten mały, z rączką - od dziadka, do mleka lub kakao gotowanego na niedzielne śniadanie. Spodeczki, talerzyki, małe miseczki na chrzan i grzybki marynowane. I wreszcie ta półka. Z pokrywkami. Emaliowane, stalowe, żeliwne tworzyły pozornie stabilną, lecz w istocie niebezpieczną konstrukcję. W ślad za wyjętą jedną wysypywały się wszystkie. Na stopy, na podłogę, na butelki z mlekiem. Szafka w kuchni mojej mamy. Zwykłe, proste przedmioty. Zwykłe ciepłe wspomnienia. Zwyczajne dobre życie.

Malarstwo to też uporządkowanie, analiza wybranego fragmentu rzeczywistości wymaga nie tylko oka, ale też sprawnej głowy, wyobraźni. Doświadczony malarz zachwyci się nie tylko fenomenem natury pięknie stworzonej przez Boga. Dostrzeże też piękno w człowieku, w jego życiu, działaniu, zwyczajach. Zwykła szafa, codziennie używana, czy też właśnie rzadko. Nie ma znaczenia. I tak jej zawartość okazuje się dla Klimka tematem interesującym, klaserem wspomnień, uporządkowaną strefą doznań artystycznych zapisanych w kolorach, kształtach, fakturze. Ten piękny świat naczyń zdaje się właśnie ożywioną, a nie martwą naturą. Blaszane garnki, porcelanowe talerzyki czy nawet plastikowe pudełeczka zachowują w sobie zapisane historie, smak życia, dzięki nim odżywają piękne czy po prostu prawdziwe chwile z przeszłości. Cała pamięć jest tu skatalogowana najdokładniej, dosłownie. Okazuje się, że kolory, kształty, faktury są wyzwaniem, okazja do podróży po własnym życiu. Dobry malarz może podjąć wyzwanie pokazania nie tylko idei, ale też spróbuje wniknąć w specyfikę materii, delikatność filiżanki, ciepło starego garnka lub zwyczajne piękno szarego papierowego opakowania. Te przedmioty nie tylko przywołują wspomnienia, ale korespondują ze sobą. Gradacje żółcieni bladych półmisków i mocnego oranżu plastikowego termosu w górnej części domyka gorący akcencik ciepłej filiżanki na dolnej półce. Ich temperatura nadaje szarościom białych talerzyków delikatny chłód. Królują tu jednak zdecydowanie kolory zgaszone, różne odcienie szarości matowych, ażurowych i błyszczących. Przygaszone wnętrze drewnianej szafki pomimo półmroku zachowuje temperaturę nieco cieplejszą do ściśle upakowanych w niej naczyń. Blaszane garnki przełamują ten ścisk, nabierając światła z jasnego pokoju. Geometryczne, zaobserwowane czułym okiem bliki są obrazem jasnego dnia na zewnątrz mieszkania. Dobry malarz takie szczegóły dostrzega i umie zasygnalizować jednym delikatnym dotknięciem sztywnego szczeciniaka. Blask od Boga.


Oglądając obrazy Klimka, można zauważyć jego wrażliwość na temperaturę, Ciepło, chłód. To są istotne elementy. To malarstwo o życiu, sięgające głębi człowieczeństwa, dotykające duszy przez ciało. W obrazie „Rudnik, u wujka Edka, piec dziadka” mamy do czynienia z tym działaniem. Artysta reaguje nie tylko na optyczne, wizualne bodźce z rzeczywistości. Nie jest to sucha naukowa analiza czy dywagacje na temat kompozycji, koloru, faktury. To świat przekraczający ramy abstrakcji malarskiej. Sztuka abstrakcyjna, czyli rezygnacja z figuratywności, miała w założeniach prawdopodobnie poszerzyć wyobraźnię o nowe wartości, poszukać nowej rzeczywistości. Spójrzmy na założenia grupy artystycznej De Stijl z początku XX w. Ta skupiająca artystów awangardowych grupa naukowców opracowała nową wizję malarstwa - neoplastycyzm. Prostokątność, stosowanie czystych kolorów (czerwonego, niebieskiego, żółtego, czarnego, białego, szarego), brak dekoracji, wiara w abstrakcję i nade wszystko postawa odrzucająca naturę na rzecz dzieł rąk ludzkich. W obrazach Mondriana, głównego ideologa grupy świadomej eliminacji ulega perspektywa, jakakolwiek głębia, znikają niebanalne kolory, temperatura, dynamika czy jakakolwiek przypadkowość. Na scenie pozostaje jedynie Ekstremalnie ascetyczna, chłodna, całkowicie kontrolowana abstrakcja. Jak pisze Piotr Szarzyński w swym artykule o Mondrianie "... uważał, że podstawową cechą malarstwa abstrakcyjnego jest harmonia, która wyzwala od wszelkich napięć, konfliktów, dzięki czemu sprzyja rozwojowi ludzkości i powiększa obszar szczęścia na świecie. A zatem – wnioskował Mondrian – maksymalnie zredukowane geometryczne malarstwo abstrakcyjne przyczynia się do poprawy ludzkiej egzystencji i im bardziej je zaakceptujemy, tym lepiej będzie się nam, jako ludzkiemu gatunkowi wiodło. Dziś trudno chyba obronić tę tezę. "
Neoplastycyzm jak wiadomo, nie ograniczył się do samego malarstwa, ale swym zasięgiem opanował i zdominował całą architekturę oraz projektowanie. Dziś jego założenia są obowiązujące dla wszystkich, czy to się komuś podoba, czy nie. Nasze mieszkania, klatki schodowe, elewacje apartamentowców, cały współczesny design, padły na kolana przed Mondrianem. Sterylna, geometryczna abstrakcja trzyma nas w swoim surowym rygorze od lat. 

Dzięki Bogu Klimek rezygnuje z niej. Pozostawiając realność przedmiotów, zachowuje furtkę do mistyki, czerpie całymi garściami z wielkiej przestrzeni świata odrzuconego. Podkreśla nawet istnienie tego cudownego świata, który odnajdujemy tylko w naszej wyobraźni, który powstaje ze zderzenia świata obserwowanego i świata zapamiętanego, z podświadomości. Tu kolory mogą być wyszukane, brudne, nawet przypadkowe. Paradoksalnie nie ma przypadku. To piękno samo spływa z góry na pędzel mistrza, on je ledwie kontroluje, Otwiera się na wszechświat starej zakopconej kuchni i intuicyjnie notuje, co tylko się da. Tą cudowną przestrzeń zaprojektował nie człowiek, ktoś inny. Zakopcone fajerki tez mają geometryczne kształty, a kolory u Klimka dałoby się ostatecznie podciągnąć pod neoplastyczną paletę. Czerń, biel, trzy podstawowe, i szarość. Ileż tu jednak odcieni, uczucia, i ciepła. To nie jest świat zapomniany, nieistniejący już prawie dziś dla milionów. Zapach sadzy, mroźny kolor oszronionych szyb, ognik błyskający w szparce między fajerkami. Potężne źródło energii jest w tym pomieszczeniu zabudowane, ale nie da się go ukryć. To nie tylko kuchnia, ale piec, źródło życia i radości. Tu nie ma sterylnego przeznaczenia. Kuchnia jest świątynią, a nie tylko urządzeniem. Smak, zapach i kolor przenikają się tu swobodnie, i to z intensywnością, która nas zadziwia. Tego nie stworzył człowiek, on to co najwyżej może dostrzec. I to robi od lat spokojnie i pokornie Krzysztof Klimek.

Krzysztof Klimek, Moja ojczyzna, 17 V - 14 VI 2019
Otwarta Pracownia. Kraków.

tekst
Marcin Kędzierski
Joanna Jaczewska Sharma



Dofinansowano z środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

środa, 28 sierpnia 2019

Inka


28 sierpnia 1946 roku o godz.6.15 strzałem w głowę, dowódca plutonu egzekucyjnego wykonał wyrok śmierci na 17-letniej Danucie Siedzikównej i ppor. Feliksie Selmanowiczu. Ich miejsce pochówku długo pozostawało nieznane.Szczątki odnaleziono dopiero 70 lat poźniej, na Cmentarzu Garnizonowym w Gdańsku. Prace na jego terenie prowadził zespół kierowany przez prof. Krzysztofa Szwagrzyka. W czerwcu 1946 roku dziewczyna po przyjeździe do Gdańska w celu zdobycia środków medycznych, wpadła w pułapkę UB. Podczas ciężkiego śledztwa w Wojewódzkim Urzędzie Bezpieczeństwa w Gdańsku nie wydała ani jednego żołnierza AK i nie udzieliła żadnych informacji. Odmówiła także podpisania prośby o ułaskawienie skierowanej do Bieruta. W grypsie z więzienia napisała : „Jest mi smutno, że muszę umierać. Powiedzcie mojej babci, że zachowałam się jak trzeba”.Podczas wykonywania wyroku wystrzelono ponad 100 kul. Wszyscy żołnierze plutonu egzekucyjnego chybili.Wyrok wykonał ppor. Franciszek Sawicki, strzelając skazanym w głowę.Oskarżycielem w procesie Danuty Siedzikówny "Inki" był prokurator Wacław Krzyżanowski. W procesie "Inki" zarzucił jej udział w „bandzie Łupaszki”, nielegalne posiadanie broni i wydanie rozkazu zastrzelenia dwóch wziętych do niewoli funkcjonariuszy UB. Tego ostatniego czynu nie udowodnił jej nawet podległy bezpiece sąd i nie potwierdziło dwóch z pięciu zeznających „dobrowolnie” w sprawie milicjantów, którym żołnierze „Łupaszki” darowali życie. Jeden z nich przyznał, że opatrzyła go, gdy został ranny w walce z żołnierzami V Wileńskiej Brygady AK. W śledztwie w gdańskim WUBP zwyrodnialcy bili ją i poniżali. Rozbierali do naga, a do jej celi wpuszczali żony ubeków, którzy zginęli w akcjach przeciwko oddziałom Szendzielarza. Po latach Krzyżanowski tłumaczył się typowo: „Byłem młody. Wcześniej nie brałem udziału w żadnej sprawie sądowej. Zostałem skierowany na proces przypadkowo, bez przeszkolenia i przygotowania”.  Krzyżanowski to pierwszy stalinowski prokurator, któremu IPN - w 1993 r. - zarzucił mord sądowy. Pierwszy, który nie poniósł kary. Pierwszy, ale niejedyny. W III RP nie skazano ŻADNEGO prokuratora czy sędziego - komunistycznych zbrodniarzy.

Obraz z cyku „Bohaterowie zbiorowej wyobraźni współczesnej Polski w 100 lat po odzyskaniu niepodległości”, namalowany w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego na rok 2019.

czwartek, 15 sierpnia 2019

Psalm Dawidowy


PSALM 23
Bóg pasterzem i gościnnym gospodarzem

1 Psalm. Dawidowy.
Pan jest moim pasterzem, nie brak mi niczego.
2  Pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach.
Prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć,
3  przywraca mi życie.
Prowadzi mnie po właściwych ścieżkach
przez wzgląd na swoje imię.
4  Chociażbym chodził ciemną doliną,
zła się nie ulęknę,
bo Ty jesteś ze mną.
Twój kij i Twoja laska
dodają mi otuchy.
5  Stół dla mnie zastawiasz
wobec mych przeciwników;
namaszczasz mi głowę olejkiem;
mój kielich jest przeobfity.
6  Tak, dobroć i łaska pójdą w ślad za mną
przez wszystkie dni mego życia
i zamieszkam w domu Pańskim
na długie dni. 


David pojechał na wakacje do Gruzji.
Z klasztoru Gelati przysłał mi zdjęcie pęku cieniutkich woskowych świeczek z komentarzem: „zapaliłem w Twojej intencji”. Cały niezwykły kompleks, kunsztownie zdobione mozaikami i freskami świątynie oraz Akademię Nauk ufundował Król Dawid IV Budowniczy, mądry i ambitny władca, prawdziwy wizjoner mąż opatrznościowy dla państwa. Czczony przed Gruzinów niemal na równi ze świętymi. Mówi się, że osobiście brał udział w budowie, a po śmierci, zgodnie ze swoją wolą został pochowany w progu jednej z pomniejszych bram, by każdy wchodzący następował na jego płytę nagrobną. Pokora i uniżenie.

„Nie daj Boże, bym się miał chlubić z czego innego, jak tylko z Krzyża Chrystusa...” Gal 6, 14

Tekst i Obraz
Joanna Jaczewska Sharma
Marcin Kędzierski
oraz słowa Psalmu 23 i cytat Gal 6, 14
na podstawie Pisma Świętego

środa, 31 lipca 2019

Godzina W


Siedemdziesiąt pięć lat. Rok w rok. Każda rocznica jest obchodzona, odkąd pamiętam do dziś z wielkim namaszczeniem, wręcz entuzjastycznie. Kiedyś setki ludzi na Powązkach, dziś już dziesiątki tysięcy na ulicach. Spragnieni charakteru, charyzmy i siły wolności tamtego pokolenia, chcą czerpać z prawdziwego źródła, od swoich dziadków i rodziców, którzy nie chcieli już niewoli i poniżenia. Po prostu przeszli do historii jak petarda, a ogień ich świadectwa płonie do dziś. Sześćdziesiąt dni wolności pomimo ogromnej przewagi wroga. Dwóch wrogów, równie silnych i pazernych. A jednak zwycięstwo. Nie dali rady. W tym miejscu nie mówi się już po niemiecku i rosyjsku w urzędach i ważnych gabinetach. Czasem obcy kapitał decyduje, tak jak w wielu redakcjach polskojęzycznych wydawnictw, ale nie ma większego wpływu na ulicę. Szczególnie tego dnia. Nie na rękę im te sceny, tłumy młodzieży entuzjastycznie wiwatujące na cześć Bohaterów. Można oczywiście wydać książkę czy napisać artykuł, że to obłęd, zdrada, głupota, zbiorowe samobójstwo. Nikt tu jednak nie tęskni za polityką „ciepłych kluchów”, a chowanie głowy w piasek to jednak nie dla nas. Francuzi, Anglicy, Czesi może tak. Wybierali niewolę i zależność dla zachowania status quo. I mają to, co chcieli. Konsumpcjonizm i brak perspektyw. Tam już trudno o entuzjazm, powoli zastygają w śmiertelnych pozach, wyczerpani tą swoją wolnością. Nie mają już siły na zmiany. Oni wybrali życie w niewoli i mają cywilizację śmierci. My wybraliśmy za Chrystusem wolność za cenę nawet śmierci i mamy życie. Cześć i Chwała Bohaterom.

Obraz z cyku „Bohaterowie zbiorowej wyobraźni współczesnej Polski w 100 lat po odzyskaniu niepodległości”, namalowany w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego na rok 2019.

piątek, 19 kwietnia 2019

Nie deptać biedronek , czyli każdy jest powołany do świętości


Im więcej czytam o Witoldzie Pileckim, tym mi trudniej.  On mnie uwiera, kłuje jak maleńka, niewidoczna dla oczu, wbita w palec igiełka łodygi ostu...

Świetny  człowiek, świetny mężczyzna! Wypełniony szczodrze talentami,  przy tym głęboko duchowy,  stworzony, zdawało by się,  do twórczych  działań, aktów odwagi czy heroizmu niedostępnych zwykle dla przeciętnego człowieka. Z drugiej zaś strony, starając się o Marysię - przyszłą żonę, podjeżdżał co rano na koniu pod Jej okno i wyćwiczonym ruchem wrzucał przez okno bukiet kwiatów. W  tajemnicy dokarmiał mysz, której bezskutecznie usiłowała pozbyć się żona,
pożyczyła nawet od sąsiadów specjalnie tresowanego kota - zabójcę. Zosię i Andrzeja - swoje dzieci uczył uważności wobec każdej żywej istoty, biedronki, ćmy i pająka, „każde stworzenie jest ważne i ma swoje zadanie do wypełnienia” – mawiał.

W niektórych można dostrzec ślad geniuszu Boga. Życie Witolda Pileckiego było skrojone z niezwykłą dbałością o każdy szczegół, dopasowane do Jego warunków i kondycji tak, by przyjął i wszedł bez reszty w prawdziwą wielkość, heroizm, męczeństwo i śmierć. W pełnej wolności. Viktor Frankl w książce „Człowiek w poszukiwaniu sensu” napisał: „Człowiekowi można odebrać wszystko prócz jednego: ostatniej ludzkiej wolności – wyboru postawy w określonych okolicznościach, wyboru własnej drogi.” A zatem Witold Pilecki miał narzędzia doskonalenia się, ale ja...?

No właśnie, wspomniałam, że postać Rotmistrza mnie uwiera, tak, bowiem stawia mnie wobec wyboru między łatwym usprawiedliwieniem własną słabością, bylejakością a obecnym we mnie od poczęcia pierwiastkiem Bożym. Św. Teresa od Dzieciątka Jezus powiedziała, że „Jezus nie powołuje tych, który są godni, ale tych, których sam chce”. A ja nie chcę być byle jaka, nie chcę stanąwszy kiedyś przed Bogiem żałować.. strachu, letniości, rezygnacji. Pilecki pisał w listach do żony i dzieci, że starał się żyć tak, by w godzinie śmierci mógł się raczej cieszyć niż lękać. Czas w celi śmierci spędzał medytując  książkę Tomasza a Kempisa „O naśladowaniu Chrystusa”, była dla Niego źródłem siły, Zofia i Andrzej Pileccy traktują ten traktat jak testament ojca. ..Bracie, strasznie to trudne...

Chrystusie...
Jeszcze się kiedyś rozsmucę ,
Jeszcze do Ciebie powrócę,
Chrystusie...
Jeszcze tak strasznie zapłaczę,
Że przez łzy Ciebie zobaczę,
Chrystusie...
I taką wielką żałobą
Będę się żalił przed Tobą,
Chrystusie...
Że duch mój przed Tobą klęknie
I wtedy serce mi pęknie,
Chrystusie...

               Julian Tuwim

tekst: Joanna Jaczewska Sharma
obraz: Marcin Kędzierski

Obraz pt: Cela Rotmistrza Witolda Pileckiego z cyku „Bohaterowie zbiorowej wyobraźni współczesnej Polski w 100 lat po odzyskaniu niepodległości”, namalowany w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego na rok 2019.

niedziela, 24 marca 2019

MaMO



Jak ja Ci dziękuję Matko Boża za to, że naprawdę nie muszę już nic udawać, zabiegać, nadążać i nie przegapić. Nie mam potrzeby przesiadywać koniecznie na krzesełku w MoMA przed Mariną Abramović tak jak czyni to pół miliona oświeconych. Mnie wystarczy to moje tu marne egzystowanie na skrawku tego pięknego świata, który Pan Bóg stworzył dla nas wszystkich. Naprawdę. Na tym Powiślu pomiędzy niebem a ziemią gdzie w cudownych okolicznościach niebo łączy się z ziemią, ślizgając się po trotuarze i na balustradach Mostu Poniatowskiego. Stąd widać nie tylko drugi, szlachetnie dziki brzeg prawej strony miasta, jest tu też wolność i niebywała wprost w mieście przestrzeń. Ja tu czuję się malutki i szczęśliwy. Oddaję ci Mamusiu w tym cudownym miejscu swoje ciało i duszę, pozostawiając Ci całkowite i zupełne prawo rozporządzania mną i wszystkim bez wyjątku co do mnie należy, wg Twego upodobania, ku większej chwale Boga w czasie i wieczności. Jest pięknie.


Polecamy ...

Z głową w chmurach

Był ubrany w swe wojskowe angielskie ubranie, zapięte agrafką pod szyją, ułożony starannie, uczesany, nawet kanty spodni były wyrównane. ...